Zwyczaje i wierzenia świąteczne

Cudowność wigilijnego dnia i nocy sprawiła, że w tradycji ludowej zachowała się niezwykle duża i barwna paleta wierzeń, obyczajów, przesądów i wróżb związanych z tym dniem. Niektóre z nich zostały współcześnie całkowicie zapomniane, a inne za to są nadal kultywowane w formie wspólnej zabawy. Warto jest jednak się z nimi zapoznać, aby może dowiedzieć się jak żyli, w co wierzyli nasi przodkowie. Pamiętajcie, że w czary głęboko wierzono jeszcze w pierwszej połowie ubiegłego stulecia. A wiara ta i tradycja najdłużej była żywą na wsi.

Na Śląsku w wigilijny wieczór pastuszkowie zdejmowali dzwonki z szyi bydła, a następnie zakładali je sami sobie. Dodatkowo przystrajali kapoty łańcuchami i innymi błyszczącymi przedmiotami. Tak ubrani przy dźwięku trąbek, piszczałek i dzwonków, które mieli na szyjach chodzili od chałupy do chałupy życząc szczęśliwych, zdrowych i pogodnych świąt. Dobrym obyczajem było ugościć pastuszków plackiem i piwem. Zwyczaj ten opiera się na podaniu o tym, że to właśnie zwykli, prości pastuszkowie jako pierwsi przybyli do żłóbka w którym narodził się Jezusek. Magia wigilijnego wieczora sprawiała, że niejednokrotnie do wspólnego stołu zasiadali panowie z sługami, aby wspólnie spożyć śledzia. Póki uczta nie jest skończoną to gospodyni nie może wstać od stołu. Złamanie tego nakazu grozi tym, że wysiadające jaja kury będą uciekać z gniazda. Ślązacy w wigilijny wieczór mogli leczyć także ból zębów. Wystarczyło przylepić na ślinę do sufitu lub w kąciku izby  ogon spożytej . A kto to uczynił, mógł być pewnym, że ból zęba minie do dnia kolejnego. Do obowiązków młodych dziewcząt należało nakrycie stołu na którym będzie spożywana wieczerza. Po wieczerzy powinna wziąć obrus i wytrzepać go przed drzwiami chałupy, a przy tym podsłuchując pilnie z której strony pies będzie szczekał, bo to właśnie stamtąd przybędzie upragniony narzeczony. W przed dzień Bożego Narodzenia nawet zwierzęta dostawały lepszą strawę od codziennej. Dodatkowo smarowano dla nich kromki chleba czosnkiem, a to po to by wzbudzić ich czujność. A gospodyni nim poszła spać to musiała przygotować łupinki orzechów zasypane solą. Każda łupinka przeznaczona była dla jednego członka rodziny. Nieszczęśliwym był ten, którego łupinę sól całkowicie rozpuściła, bowiem wróżyło to śmierć w nadchodzącym roku.

Na Litwie natomiast, kiedy w wigilię Bożego Narodzenia ujrzano pierwszą gwiazdkę na niebie to zasiadano do spożywania wieczerzy przy stole przyprószonym siankiem. Siadając należało bacznie obserwować, czy każdy ma swój cień. Gdyż wróżono w te sposób, czy dana osoba doczeka tego dnia w nadchodzącym roku. Po spożytej wieczerzy kobiety wyciągały spod obrusa sianko, jednak nie wróżyły sobie z tego, jak w innych rejonach ziem polskich, która z nich pierwsza wyjdzie za mąż. Ale długość wyciągniętego źdźbła oznaczała jak długi będą miały len w przyszłym roku. Jeśli któraś z zamężnych kobiet wyciągnęła źdźbło dwuramienne to był znak, że powiększy jej się rodzina. Funkcję wróżb z różnych okazji były bardzo podobne, panny na wydaniu wróżyły sobie męża w andrzejkowy wieczór, ale też w wigilijną noc. Dziewczęta, które pragnęły zamienić dziewiczy wianek na tak pożądany czepek mężatki wychodziły z izby i zamykały się w innym pomieszczeniu. Wstęp dla mężczyzn do takiego pokoiku był surowo wzbronionym, nawet mężatki niechętnie tam wpuszczano. I to dopiero tam pod kluczem zaczynały się prawdziwe wróżby i czary. Owe wróżby były podobnymi do tych, które praktykowano w andrzejki. A o to opis niektórych z nich. Świeczki woskowe należało oprawić w tekturkę i puścić na miskę z wodą a następnie obserwować jak będą płynąć. Wedle tego, czy świeczki łączyły się, czy oddalały się od siebie lub gasły to wróżyły o zamążpójściu, panieństwie i śmierci. Dziewczęta we własnym gronie piekły też pierożki, a to tylko po to by wpuścić do izby psa. Pies wpuszczony do pierożków zapowiadał następstwo małżeństwa każdej pannie w miarę połykanych pierożków. Na Kresach, podobnie jak w całej Polsce dziewczęta wychodziły na dwór i nasłuchiwały z której strony wiatr wieje lub szczeka pies, bo to stamtąd przybędzie luby. Przynosiły także drewno do izby i jeżeli po zliczeniu ich wypadło do pary to był to szczęśliwy znak, a jeśli nie, to miały spędzić samotnie jeszcze następny rok.

Wierzono, że w Wigilię o północy dzieją się rzeczy cudowne i magiczne. Warto tutaj wspomnieć chociażby zwierzęta mówiące ludzkim głosem. Jest to czas, kiedy rodzi się Chrystus Zbawiciel i jednocześnie przesila się zimowa ciemność, dlatego też cuda miały się dziać w całej przyrodzie. W podaniach ludowych można usłyszeć, że podobnie jak w Noc Świętojańską tak w noc wigilijną na chwilę zakwita legendarny kwiat paproci. Woda w studniach i potokach miała nabierać leczniczych właściwości. Czasem mogła zmienić się nawet w miód, wino, gorzałkę lub płynne złoto, czy srebro. Na wieść o narodzeniu Boga z radością miały podskakiwać nawet kamienie. A ziemia otwiera swe wnętrza, aby ukazać spoczywające w niej skarby. W Wigilię Bożego Narodzenia wybierając się na pasterkę, gospodarze brali pęki słomy, następnie te pęki zawiązywali wokół drzew w sadzie, aby lepiej obrodziły. Okres świąt Bożego Narodzenia służył też do przepowiadania pogody na nadchodzący rok. Bacznie obserwowano aurę od dnia Wigilii do dnia święta Trzech Króli, ponieważ miała to być przepowiednia pogody na 12 miesięcy roku.

Autor: Y'amal (CC)

Autor: Y’amal (CC)

Wróżenie z kłosów było dawniej powszechnym w każdym rejonie Polski. W  zależności od regionu pojawiały się różny formy tego obyczaju. I tak jeśli młodzi wyciągnęli zielone źdźbło, to mogli się spodziewać zaręczyn już w nadchodzącym karnawale. Jeżeli łodyga siana wydawała się być zwiędła, to plany z małżeństwem było trzeba odłożyć jeszcze na kolejny rok. Natomiast jeśli ktoś wyciągnął siano pożółkłe, to była to bardzo zła wróżba zapowiadająca śmierć, a w najlepszym wypadku staropanieństwo lub starokawalerstwo. Do wróżb wykorzystywano też ziarno kłosów. Jeśli ktoś wytrząsnął z kłosów na stół parzystą liczbę ziaren to symbolizowało to rychły związek małżeński. Gdy liczba ta była nieparzysta, to mówiono, że z małżeństwem będzie trzeba jeszcze trochę poczekać.

Na wschodnich krańcach Polski wróżono sobie także z potraw, które były podawane na wigilijnym stole. Jedną z nich była oczywiście kutia, którą zwyczajowo przyrządzano z obtłuczonej pszenicy, maku, słodu, miodu, bakalii, orzechów i rodzynek. Kutia obecna była w tradycjach pogańskich. Podawano ją na stypach i świętach poświęconym zmarłym. Przyjęło się, że kutia musi być na bogato. Obfita kutia to obfite zbiory w nadchodzącym roku, z tego też powodu dodawano do niej, co tylko się dało. Po zakończeniu wigilijnej kolacji kutia służyła też do wróżb panieńskich, dotyczących jak zwykle perspektyw na szybkie za mąż pójście. Dziewczęta rzucały więc kutię łyżką na pułap chałupy. Jeśli ziarna przylegały to należało rozumieć tę wróżbę jako szczęście, jeśli nie zwiastowało to nieszczęście. W okolicach Zamościa jeszcze w XX wieku w wigilijny wieczór gospodarz uderzając o sufitową belkę garścią słomy ze stojącego w rogu izby snopka, liczył na to, że słoma utkwi w szczelinach pułapu. Podobnie czynili też inni domownicy. Prawdopodobnie w ten sposób wróżyli sobie urodzaj na przyszły rok, albo nawet go zaklinali. Obecnie, jeśli nawet pojawia się gdzieś ten obyczaj, to uważany jest za formę wspólnej zabawy domowników, która ma być pamiątką po tym, że Jezus narodził się w stajence.

Cały okres świąteczny był uważany za czas cudów. Podobnie jak w trakcie zaduszek tak i w Wigilie i Boże Narodzenie dusze zmarłych mogły zechcieć odwiedzić swe ziemskie domy. Pod niewidzialną dla wszystkich śmiertelników postacią przychodziły, aby się posilić i powinszować swoim najbliższym. Dlatego też w dzień wigilijny dmuchano na krzesła, stołki i ławy zanim się na nich usiadło, aby czasem ducha nie przygnieść. A mówiono przy tym posuń się duszyczko. Nie wolno było także szyć ani prząść na kołowrotku, ciąć sieczki dla zwierząt, ani chlustać pomyjami na podwórzu, jeśli wcześniej nie wypowiedziało się zaklęcia uciekajcie wszystkie dusze, bo ja wodę wylać muszę. Wszystko to czyniono po to, aby nie skrzywdzić, nie urazić, nie ubrudzić, ani co gorsza nie zranić duszy bliskiej osoby, która to zapragnęła przebyć w swym rodzinnym domu. Z tych samych przyczynek gospodarze nie skręcali powrozów, a gospodynie nie zwijały nici, bowiem jakaś duszyczka mogłaby zostać spętaną w sidła i nie miałaby możliwości, aby powrócić szczęśliwie do nieba. Dnia wigilijnego nie należało też potrząsać garnkami, gdyż głodna duszyczka mogła nawet tam zawędrować. Na Podlasiu mówiono też, że złamanie tych zakazów może skutkować tym, że w gospodarstwie mogą zacząć rodzić się kalekie źrebięta, owieczki i cielęta. Mimo srogiego mrozu nie należało zapomnieć o tym, aby pozostawić uchylone drzwi do sieni, aby dusze, które przyjdą odwiedzić bliskich mogły bez przeszkód wejść do izby, a po zakończonej wizycie z niej wyjść. W całej Polsce do wigilijnego stołu zapraszano zwierzęta, niektórzy twierdzą, iż to na pamiątkę ubogiego narodzenia Chrystusa w stajence. Jednak było to nic innego, jak echa dawnych jeszcze przedchrześcijańskich wierzeń. Zwykli, prości ludzie uważali, że tego cudownego wieczora duchy zmarłych mogą przybrać postać zwierzęcia. Nie od dzisiaj wiadomo, że przy kontaktach z duchami należy zachować ostrożność. Nikt nie chciałby, aby jakiś z nich został w jego domu na zawsze, dlatego po skończonej wigilijnej uczcie grzecznie proszono duszyczki, aby wracały do swego domu w niebie.

Jaka Wigilia, taki cały rok – do dzisiaj można usłyszeć to przysłowie. Dlatego tego szczególnego dnia każdy starał się zachowywać jak najlepiej, aby czasem nie przysporzyć sobie kłopotów na cały nadchodzący rok. Po pierwsze w Wigilię kategorycznie zakazane było wszczynanie jakichkolwiek kłótni, nie należało wyrządzać też krzywdy bliźniemu.  A wręcz przeciwnie był to dzień wybaczenia. Dla każdej spotkanej istota należało być serdecznym i mieć uśmiech na twarzy. W przeddzień narodzenia pańskiego należało wstać jak najwcześniej rano i umyć się w zimnej, a wręcz lodowatej wodzie. A dlaczego? Gdyż wierzono, że zapewni to siłę i sprawność fizyczną, a dodatkowo miało dodać kobietom urody. Mimo tego, że w ten cudowny dzień i wieczór należało być miłym i serdecznym dla każdego, to jednak złym obyczajem było pożyczanie czegokolwiek sąsiadom. Złamanie tego nakazu mogło skutkować tym, że pieniądze nie będą się w domu trzymać. Jednak powszechnym zwyczajem były drobne kradzieże, które czyniono dla żartu. Zrabowane przedmioty oddawano już następnego dnia, o ile ich właściciel sam wcześniej ich nie odnalazł. A tutaj pomysłowość, zwłaszcza wiejskiej młodzieży nie znała granic. Zdarzało się, że niekiedy ktoś musiał ściągać swój wóz z dachu stodoły albo szukać furtki gdzieś w leśnych zakamarkach. Jeśli taka pozorowana kradzież się udała, to ten, który jej dokonał mógł liczyć na szczęście i pomyślność w sprawach finansowych przez cały rok. Można by rzec, że fortuna miała mu sprzyjać. Wzorowego zachowania wymagano zwłaszcza od dzieci, bo jeśli było niegrzecznym w Wigilię to cały rok będzie sprawiało przykrość rodzicom. Dzięki temu bez wielkiego wysiłku rodzice mogli liczyć na posłuszeństwo swych dziatek i na pomoc przy świątecznej krzątaninie.

Jednak nie taka tradycja martwa jak mogłoby się wydawać. Wiele z przedstawionych powyżej zwyczajów jest kultywowanych do dnia dzisiejszego w formie wspólnej zabawy Chociaż może współcześnie mało już kto wierzy w magiczną moc wróżb.kolędnicy

Źródła:
O. Kolberg, Dzieła Wszystkie.
B. Ogrodowska, Polskie obrzędy i zwyczaje doroczne.

Udostępnij na:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kultura ludowa, Święta, tradycje, obyczaje, Wierzenia, Wierzenia ludu i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.