Południca

Południca to słowiański demon kobiecy, którego można napotkać południową porą na obszarach polnych. Istota ta była powszechnie znana wśród Słowian północnych, choć niejedno miała imię. Przypołudnica, żytnia bądź rżana baba, baba o żelaznych zębach, polna lub południowa diablica — tak jeszcze zwali tego niebezpiecznego demona ci, którzy przed nim przestrzegali. Wyobrażenia o południcy zmieniały się z upływem lat, jednak ich wspólny mianownik stanowiły zawsze miejsce i czas, a także — śmiertelne niebezpieczeństwo, z którym musiał liczyć się ten, kto w okolicach południa przebywał w polu.

Południce były opisywane jako wysokie, blade i chude kobiety z rozpuszczonymi włosami, których ciało skrywało się za powłóczystymi białymi szatami. Różne krążyły poglądy na temat ich wyglądu. Jedni opisywali je jako odrażające i przerażające upiory przypominające kościotrupy bądź stare, bardzo wychudzone kobiety, inni zwracali jednak uwagę na to, że południce były niesłychanie piękne, co sprawiało, iż z łatwością zawracały w głowach obecnym w polu mężczyznach. Tę rozbieżność w opisach można tłumaczyć wpływem magii. Przypołudnice, podobnie jak mamuny, dziwożony i inne rusałczane istoty, potrafiły rzucić na człowieka urok sprawiający, że ten całkowicie tracił nad sobą kontrolę.

Autor: Michał Dziekan ©

Południca porywająca kosiarza.
Autor: Michał Dziekan ©

Południce najczęściej materializowały się w czasie żniw, stąd też stanowiły szczególne zagrożenie dla osób pracujących w polu. Na ich atak narażony był jednak każdy, kto — nie bacząc na ryzyko — postanowił wybrać się w upalne południe na niezacienione obszary polne. Szczególnie zgubny wpływ mogły mieć na osoby pijane bądź wycieńczone ciężką pracą, gdyż te były podatne na nagłą utratę przytomności bądź niespodziewane zaśnięcie w polu. Z tego też powodu osoby niebędące w pełni sił powinny zdecydowanie unikać pracy o tej niebezpieczniej porze.

Atrybutem najczęściej kojarzonym z przypołudnicą był sierp, rzadziej ożóg lub drąg. Ma to zapewne związek z obecnym jeszcze długo w kulturze ludowej wierzeniem w to, że południca porywała osoby nienależycie pracujące, a także nieprzestrzegające społecznego zakazu pracy w samo południe. Na swoje ofiary południce sprowadzały bóle i zawroty głowy, czasem też dusiły śpiących bądź okaleczały ich za pomocą posiadanych narzędzi, a także — dotkliwie parzyły. Nie bez powodu szkody wyrządzone przez południce częściowo pokrywają się z objawami udaru słonecznego. Przypuszcza się, że wiara w te istoty miała związek z próbą wyjaśnienia sobie przez prostego człowieka zgubnego wpływu słońca. Opowieści o rżanych babach sprzyjały wychowaniu młodych, którzy, znając te straszne historie, woleli unikać zabaw w pełnym słońcu. Na powstanie demonicznego wyobrażenia z pewnością miały też wpływ charakterystyczne wiry powietrzne pojawiające się w upalne dni na polnych terenach, zwiastując w ten sposób nadejście burzy.

Autorka: EvelineaErato ©

Autorka: EvelineaErato ©

Południcami najczęściej stawały się dusze kobiet tragicznie zmarłych w okolicach własnego ślubu, choć na zostanie tym demonem narażone były wszystkie dziewczyny zmarłe jeszcze w stanie panieńskim. Najlepszym sposobem ochrony przed południcą było po prostu niewychodzenie w pole w czasie upału, choć wpływ chrześcijaństwa sprawił, że z czasem ludzie zaczęli wierzyć w możliwość przepędzenia tej istoty. Uczynić to było można poprzez modlitwę i przeżegnanie się, a także — skropienie pola wodą święconą. Podania ludowe informują o tym, że takie zabiegi miały skutkować rozpłynięciem się demona w powietrzu.

W różnych regionach Słowiańszczyzny wierzenia na temat polnych rusałek przekształciły się w rozmaity sposób. Gdzieniegdzie wiara w południce zlała się z wyobrażeniami o mamunach i dziwożonach, przez co kojarzono je wtórnie z porywaniem dzieci i umieszczaniem ich w wielkich białych workach, które demony nosiły na swoich plecach. Na takie porwanie szczególnie narażone były te dzieci, które bawiły się na skraju pola. Gdzie indziej południcom towarzyszył orszak siedmiu czarnych psów, zaś jeszcze na innych obszarach nadawano im bardziej demonicznego wizerunku, który przejawiał się w czerwonych oczach i długim czerwonym jęzorze. Czasem też podania ludowe wspominały o zagadkach, które żytnie baby zadawały swoim ofiarom. Od poprawności odpowiedzi na te pytania zależał dalszy los pytanego. Przy odrobinie szczęścia mógł on uniknąć trwałego uszczerbku na zdrowiu.

Autor: Isztwan ©

Autor: Isztwan ©

Wiara w cykliczność pojawiania się południc miała zapewne związek z kultem narodzin i obumierania życia w przyrodzie. Nie bez powodu południce pojawiały się właśnie w polu — miejscu ludzkiej pracy, które stanowi też granicę między środowiskiem domowym a obcym. Możliwe, że początkowo przypołudnice były demonami opiekuńczymi zbóż, które odpowiadały za wiry powietrzne i obecne w polu zjawiska atmosferyczne. Zapewne dlatego właśnie te demony stały się  z czasem antropomorfizacją niebezpieczeństw czyhających na człowieka w polu. Zlanie wierzeń o tych istotach z innymi demonami żeńskimi jest przypuszczalnie późniejsze i wynika z wpływu religii chrześcijańskiej. Podania z Polski, Czech, Słowacji, Rosji i Łużyc pozwalają na wyprowadzenie wniosku, że bez wątpienia trzon wierzeń o południcach stanowiło szkodzenie osobom wystawionym na działania światła słonecznego.

Spośród różnych demonów o słowiańskim rodowodzie południca jest z pewnością jedną z bardziej rozpoznawalnych słowiańskich istot demonicznych. Pomimo upływu wielu lat pamięć o żytnich babach jest mocna, czego najlepszym dowodem są liczne nawiązania w kulturze popularnej. Warto też pamiętać o tym, że południcami są nazywane w Polsce motyle z rodziny rusałkowatych (Nymphalidae).

Autor: Ada Konieczny ©

Autorka: Ada Konieczny ©

Podania o południcach z różnych obszarów Polski:

Siostry od nocznic sie nazywajóm połednice. Też to sóm taki beskuryje, jak nie wiym co. Żodyn nie wiy jako wyglóndajóm. Ci co ich kiesi widzieli, prawili, że sóm jak mgła i że chodzóm w połednie po Świecie. Jak natrefióm na źniwiorzi, abo kosiorzi, kierzy spoczywajóm w ciyniu po ciynżki robocie, to wlazujóm na nich i prawióm: Spisz!, Spisz! – deptajóm im też po brzuchach i jszczóm po nich wiela wlezie. Potym taki kosiorz, abo źniwiorz sie budzi i prawi do drugigo: Ty, Jura, czujesz? Zajś mie ta przegrzeszóno połednica podeptała i pojscała… (za: gwara.zafriko.pl)

Mój znajomy znikł kiedyś, na parę godzin, jak były sianokosy. Myśleliśmy, że chciał się wykręcić od pracy. Przyszedł dopiero pod wieczór jak zaczynało ciemnieć. Zobaczyliśmy go z daleka, no to zaczęliśmy na niego krzyczeć, że gdzie to on był, jak już cała praca prawie zrobiona, że leń i obijaka. A on przyszedł do nas i zobaczyliśmy, cały był poobijany i na twarzy i na rękach. To się go pytamy, co się stało. A on nic nie powiedział wtedy. Dopiero kiedyś przy wódce opowiedział co się działo. Mówił, że poszedł za potrzebą w krzaki i tam spotkał dziewczynę. Ona się do niego uśmiechała i zawołała go. No to podszedł do niej. A ona go uchwyciła za ręce i zaczęła go okładać z całej siły. Była bardzo silna – mówił. Nie mógł się ruszyć, a ona go biła i biła i mówił, żeby go tam prawie skatowała na śmierć. Tylko, że nagle przestała i się pyta czy chce żyć. A on na to, że tak. To zadała mu zagadkę. Nie chciał powiedzieć o co chodziło, ale odpowiedział na nią. A ona się zaśmiała i przywaliła mu w głowę, tak że zgasł. Jak się obudził, jej już nie było, a on wrócił do nas.

O tyj szatance to tu tyle było godki, że by się chnet łudziska pobili, bo to jedni jom naprowda widzieli, a drudzy ani za grosz niy chcieli wierzyć. Mo to być tako dioblica. No i roz szła baba z chłopym na pole. Jechali wozym, naraz jym tak ciężko szło. Łobejrzeli się, a tu taka fest zarośnięta kobiyto na wozie siedziała. Jako ino na nią spojrzeli, uciekła. To była ta szatanka. Rozpowiadali tyż, że ona siedzi w południe w zbożu, ale wtedy to niy jest tako cicho, ino napada na ludzi, a to zawsze jak na Anioł Pański dzwonią. No i roz tyż ludzie szli na pole i łostawili w chuście dziecko. Naroz jim to dziecko zapłakało. Przylecieli, patrzą, dziecka niy ma. – Nic ino szatanka wziena – pado baca – i co teroz? Polecieli wartko do dom i do księdza. Ksiądz z ludźmi na pole poszedł, z wodą święconą, kredą i różańcem. Jak przyszli i jak baba pokazała to miejsce, skąd szatanka dziecko wziena, to patrzy: – Jezusku, a dyć jest tu moje dziecko! No i naprowda, dziecko było nazod. Ale łod tego czasu ludzie wiedzieli, że to była szatanka.

O południcy śpiewał też Kazik Staszewski:

Pierwotnym wykonawcą tego utworu jest Kazimierz Grześkowiak:

Autor: Isztwan ©

Autor: Isztwan ©

Źródła:
A. Gieysztor, Mitologia Słowian.
L. Pełka, Polska demonologia ludowa.
J. Strzelczyk, Mity, podania i wierzenia dawnych Słowian.

Udostępnij na:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Demonologia, Demony polne i leśne, Demony wampiryczne i ludzi dręczące i oznaczony tagami , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
  • Marek

    Ja tylko w celu sprostowania:
    Autorem i pierwszym wykonawca utworu „W południe” był Śp. Kazimierz Grześkowiak.

    Przyznam, że dopiero po zapoznaniu się z powyższym tekstem w pełni zrozumiałem utwór – kurcze aż mnie dreszcze przeszły.

    Marek

    • Kamil Gołdowski

      Faktycznie, umknęła mi wzmianka o pierwotnym autorstwie Kazimierza Grześkowiaka. Już poprawiam swój błąd. Zamieściłem wersję Kazika Staszewskiego, gdyż wydaję mi się po prostu bardziej klimatyczna, choć to akurat kwestia gustu. 😉