Idź i czekaj demonów [KONKURS KSIĄŻKOWY]

Idź i czekaj mrozów - Marta KrajewskaSłowianie i Słowianki! Zapraszamy Was do udziału w konkursie, w którym do wygrania będą łącznie cztery egzemplarze polecanej przez nas powieści Marty Krajewskiej, pt. Idź i czekaj mrozów. Recenzja konkursowej powieści na naszym blogu została już zamieszczona, zatem warto już teraz zatroszczyć się o to, by wygrać jeden egzemplarz dla siebie.

Idź i czekaj mrozów to opowieść o obowiązku i przeznaczeniu rozgrywająca w Wilczej Dolinie – fantastycznej krainie, w której magia przeplata się ze słowiańską mitologią. Główną bohaterką historii jest młodziutka Venda, która w wyniku tragicznych wydarzeń zmuszona zostaje do stanięcia samotnie na straży ładu wioski. A zdecydowanie jest ją przed czym bronić… Topielce, zmory, strzygonie, rusałki, Leszy – to ledwie zalążek niebezpieczeństw czyhających na mieszkańców Wilczej Doliny. Czy młodej dziewczynie uda się ochronić wioskę przed pierwotnym złem? Czy sprawdzi się w roli, która będzie ją kosztować wiele wyrzeczeń nie tylko natury zawodowej, ale i osobistej? Warto samemu odpowiedzieć sobie na te pytania podczas lektury książki.

Zapewniamy, że Idź i czekaj mrozów to lektura godna polecenia. Wciągająca, magiczna i prezentująca spójny wewnętrznie świat, w którym wiele zostało zaczerpnięte z wiary naszych praojców. Żeby stanąć do walki o jeden z dwóch egzemplarzy wystarczy napisać pod tym wpisem odpowiedź na konkursowe zadanie kreatywne:

Napisz poradnik walki lub ugłaskania wybranego demona ze słowiańskich wierzeń.

Odpowiedzi na konkursowe pytanie prosimy zamieszczać pod tym wpisem na blogu. Jedna osoba może zgłosić dowolną liczbę odpowiedzi. Forma zgłaszanych odpowiedzi jest dowolna. Możecie napisać poradnik w formie punktów, instrukcji, dialogu bądź nawet poematu. Warunkiem jest wyłącznie to, by w przekonujący sposób przekazać rady dotyczące spotkania z wybranym słowiańskim demonem. Na Wasze odpowiedzi czekamy do końca poniedziałku 11 kwietnia. Pamiętajcie o konieczności podania przy komentarzu prawidłowego adresu e-mail, po to byśmy mogli nawiązać kontakt w sprawie wysyłki nagrody. Pamiętajcie również o tym, że komentarze na stronie są akceptowane przez moderację, przez co Wasza odpowiedź może pojawić się na stronie z koniecznym opóźnieniem. W wypadku niezamieszczenia Waszej odpowiedzi w ciągu 24h prosimy o kontakt przez nasz e-mail: kontakt@slawoslaw.pl.

Warto poszukać zatem inspiracji w demonologicznej zakładce znajdującej się na górze naszej strony. Kto wie, być może któreś z Waszych rozwiązań zostanie zastosowane przez Vendę w planowanej kontynuacji Idź i czekaj mrozów?

idź i czekaj mrozówSZCZEGÓŁOWY REGULAMIN KONKURSU

OPIS KSIĄŻKI

FRAGMENT POWIEŚCI

RECENZJA KSIĄŻKI

WYNIKI KONKURSU

Udostępnij na:
  • To zacznę na dobry początek od razu zastrzegając, że gdybym wygrał to proszę moją nagrodę przeznaczyć na aukcję charytatywną zakupu ziemi w ramach projektu „Rodzimowiercy na swoim” https://zrzutka.pl/yb7p5y , gdyż posiadam już egzemplarz tej powieści ze wspaniałą dedykacją uprzejmej autorki.
    Zmora: demon zakłócający sen i przyprawiający o duszności (współcześnie wiązany z tzw. bezwładem sennym). Powszechnie znane były dwa proste sposoby jemu przeciwdziałania. Pierwszy polegał na umieszczeniu w pobliżu posłania ostrego, metalowego przedmiotu. Skuteczność tego sposobu upatrywać można we wpływie jaki wywołuje metalowy przedmiot na pole magnetyczne czy tzw. żyły wodne. Drugim sposobem było „oszukanie” zmory i ułożenie się do spania „odwrotnie”, to znaczy z nogami ułożonymi na poduszce. Skuteczność tego sposobu upatrywać można w poprawionym krążeniu, wynikającym ze zmiany położenia i ułożeniu nóg wyżej niż głowa. Jak widać praktyki magiczne naszych przodków w cale nie były pozbawione racjonalnych podstaw.

  • Tak Pan Jezus powiedział

    PORADNIK WALKI ZE ZMORĄ

    Jeśli zmora spać Ci w nocy nie daje,
    spróbuj różne sposoby na jej wygnanie!

    Zmień pozycję do spania, kładź się na opak,
    Gdzie głowa, daj nogi, gdzie nogi, daj głowę,
    Nad miejscem do spania powieś końską podkowę,
    Niech ci łóżka pilnuje dość tęgi chłopak.

    Martwą sowę przybij nad drzwiami gwoździami,
    Przy swoich nogach ułóż kątem zwierciadło,
    Dopilnuj, by odbicie na twarz zmory padło,
    A będziesz mógł spać już godzinami.

    Jeśli to nie pomoże, spróbuj dać podarek,
    Odrobiny strawy zostaw w swej alkowie,
    Wtedy zmora w dzień przyjdzie, ni słowa nie powie,
    Tylko ostawi zapalony ogarek.

    W ostateczności są dość radykalne środki,
    Możesz na sztorc ustawić gdzieś w kącie kosę,
    Możesz i straszyć marę kałem i moczem.
    Wszystko, byle zrobić z nią porządki!

  • Wszetopełk znad grodu krakowego

    Sylwa
    O rzeczy obokludzkiej
    Rasa obokludzka: Rusałka alias boginka vel brzeginia

    Twór żeński występujący na brzegach rzek tudzież jezior, wywodzi się z umarłych poprzez utopienie panienek, widoczna przy nowiu, gdy nikt nie przyuważa jej harców (choć ten dziw częściej występuje w grupie). Charakteryzuje się dużym zapędem do zabaw, niczym dziewka tańcząca do upadłego do dźwięków niesłyszalnej gędźby. Poluje głównie na młodzieńców, nie jest wybredna, dlategoż tym bardziej niebezpieczna. Miestwin z Łęczygradu pisał „W nów nie wychodzić z domostw aż do pierwszego promienia jutrzenki lub mieć przy sobie bochen czerstwego chleba” jednakże powiadam; lepiej mężczyznom i chłopcom ubrać spódnicę i wianek na łeb założyć, rusałka wtedy pomyśleć może, że to kobieta i żadnej z niej pożytku nie ma, zawiedziona delikwenta ostawi nietkniętego niczym różę w dzień wiosenny. Gdyby jednak się zdarzyło napotkać takową i nie mając chleba przy odzieniu, należy w szaleńczym tańcu przy śpiewie zacząć beczeć, piać, jęczeć, ryczeć, skowyczeć i wyć. Otępione okrutnymi dźwiękami jegomościa ostawią. Niefortunnie dla wszelakich minstreli i trubadurów, dla nich śmierć niechybną można w takowej sytuacyi przewidzieć.

    Wszetopełk znad grodu krakowego

  • tayen

    Płanetnik.
    Wybierając się na wędrówkę wypatruj oznak burzy, bądź ciężkich chmur na niebie. Gdy takie zauważysz zawsze miej przy sobie sakiewkę z pszenną mąką, którą sam zmieliłeś podczas pełni. Kiedy rozhula się wiatr sypnij mąką obracając się twarzą do niego przez prawe ramie. Ważne jest też by mąka nie była stara (wymieniaj ją z każdą pełnią). Jeżeli wiatr wydaje Ci się nie naturalny, przybył nagle i mocno szarpie Twe ubranie znaczy to, że płanetnik nie jest Tobie przychylny, a ofiara z mąki nie starczyła ponieważ naruszyłeś teren, który w swe posiadanie obrał demon. Rozglądnij się dokładnie i gdy zauważysz samotnie stojące drzewo podejdź do niego szybko nim zobaczysz pierwszą błyskawicę. Jeżeli jest to miejsce, w którym zakończył ludzki żywot płanetnik będziesz miał tylko chwile, rozsierdzony demon będzie uderzał piorunami na około. Jedyne co możesz zrobić to odszukać resztki sznura, który brał udział w ostatnim akcie nieszczęśnika. Zdejmij go z konara i przetnij na pól (najlepiej gdyby udało się to zrobić ostrym kamieniem znalezionym u korzeni drzewa). Jedną jego część odrzuć daleko przed siebie. W tym miejscu uderzy wściekły grom wypuszczony przez płanetnika i zapali je. Przetnij lewą dłoń i nasącz drugą część sznura swoją krwią i wrzuć go w ogień, który spopiela wyrzucony kawałek. Jeżeli uda Ci się tego dokonać i płomienie pochłoną cały powróz burza ustanie, a płanetnik dzięki Tobie zazna spokoju i już nigdy nie będzie Cię nękał.

  • Józek

    Sposób na licho

    Mnie moja babcia mówiła, ze gdy złe licho Ci sie pod strzechom zalyngnie, to jeno jedno rzecz mozna z nim zrobić. Cholerstwo to takie na wszylkie zmysły odporne. Zarła od Ciebie nie wyźmie, bo juz jyść nie moze. Kosom tego niy dotknisz i niy przegónis, bo nawyt nie jyst matyrialne. Do rozumu tez nie przemówis, a na widok sie tez nie skusi. Jedyne co mozna zrobić, to smrodem strasydło odegnać. Mnie babka mówiła, ze jak jes w dłomu licho, to czeba stare skarpety (najlypij po dziadku) wzionć i jesce je w gnojówce przez dni czy poczymać, by lepiyj nasionkły. Da sie potym takie skarpyty gdzie w kóncie izby, to Ci zadna cholyra do chołpy nie przylezie, bo tak capić byndzie. Minus tylko taki, ze i samemu w takiyj chołpie siedzieć trudno…

  • Dobrosułka Kulejanka

    Pozwoliłam sobie napisać tekst w stylu w jakim mówiła moja zmarła przed wiosną prababcia, dla której Baba Jaga, Wodnik, Topielec i Południca były czymś oczywistym.

    Dziwożona to czorcia krew, diablisko ki zmora. Baba zemarła przy porodzie, połogu lub z niedoli po utracie dziecięcia. Barzo czyrwiwa jak przegniłe jabłko, z cyckami do goleni, tak że onej się te cycki czasami gnietły stopyma.

    Dziwożonę można zbić. Jak se baba dziecię powije, to do kołyski pierwej trza wsadzić warchlaka i owić nadobnie w pieluchy. Mamuna gdy przylyzie, to się za szmaty zabierze, wzdać onej trzeba je. A gdy je zabierze, tuż trza ją naglić z wrzaskiem, aż do miedzy a za miedzą wyryczeć „Mamuno, mamuno, tyć już nie mamuna, bo nie dzieci ludzkie porywosz!” Dziwożona gdy ubaczy, że ją obelżono warchlaka podrzucając, już więcej się do wśi nie zapuści ze wstydu, że się dała omylić.

  • alojz

    U mnie w domu, jak mi raz mojej starej zmora spać nie dawała, to żem nawet jakiś stary bestiariusz zaczął studiować i tam było napisane, że zmorę to najlepiej ziołami potraktować, by ją pomniejszyć i potem do butelki schować. Nasmarowałem zatem kobietę, jakimś eliksirem z dziurawca, pokrzywy i czegoś tam jeszcze i czekałem. Jak to zmora polizała przy okazji wbicia zębów, to tak nią telepać zaczęło, jakby Parkinsona dostała. Zmniejszyła się w mig i wpakowałem ją do butli. Chciałem potem do ognia lub wody ją wrzucić, tak jak napisane zostało, ale szwagier mi mówi, że szkoda marnotrawić takie coś i zaproponował, żeby ją czystym spirytusem zalać. Tak też zrobiliśmy i zostawiliśmy tak zmorę na caluśką zimę w piwnicy. Potem się z nią rozprawiliśmy pomalutku. Szwagier twierdził, że trunek to był MARny, ale jak dla mnie to był dość ZMAROwity.

  • Wojtek Kowalski

    Anonim o sposobie chytrym, jak i zadowolenie niosącym, by demona wodnego, co rusałką zwany, ku pożytkowi własnemu obłaskawić.

    By rusałkę pokonać, junaku, serce musisz mieć mężne, a i pozostałe organy sprawne. Toteż zanim na zmagania z oną się udasz, pierwiej przygotuj ciało swe i ducha. Napój z mandragory, lubczykiem zwany u miejscowej zielarki kup, a jeśliś z nadmorskich okolic, to i ostryg zjeść nie zawadzi. Gdyś zasobny w dukaty, u zamorskich kupców dostać możesz sproszkowany róg nosorożca, co właściwości twego oręża przeciw rusałce wzmoże. Tak przygotowany w nocy nad brzeg jeziora się udaj, a gdy demon ukaże się i do tańca wabić cię pocznie, zrazu powolnego tym namowom udawaj i okazji sposobnej wyczekuj. Czujność potwora uśpij, chwaląc jej odzież, lico, postać powabną i włosów zawicie, a i bukłak wina lub miodu ofiarowany sprawie twej się przysłuży. Gdy zaś do starcia właściwego dojdzie, z zapałem i bez wahania do dzieła przystąp, choćby i po kilkakroć stawać ci przyszło, jako iż zapasy z rusałką do rana trwać mogą i wiele potyczek stoczyć z nią trzeba, by posłuszną ci potem była. Jeśli zaś pomyślnie owe zmagania zakończysz, zyskasz w niej towarzyszkę oddaną i pomocną, która – co zyskiem jest nie do oszacowania – teściowej ci w żywot nie wniesie.

  • galanty

    Lepiej zapobiegać niż walczyć. Stary sposób na uniknięcie południcy latem polega na nieprzemęczaniu się. Południe to pora zdradliwa, więc zamiast w polu tyrać wtedy jak dziki osioł, lepiej pod drzewkiem fajrant sobie zrobić i mitrężyć czas miło. Chłodnym piwkiem można sobie dodatkowo czas umilić, ale trzeba uważać, żeby nie przesadzić, bo południce na takich chlorach siadać lubią.

  • Cristtimm

    Grimbald Wspaniały i południca (jeden z odcinków przygód niezbyt dzielnego krasnoluda)
    Chyba każdym wstrząsnęłoby od czubka głowy, poprzez pępek, po same pięty, gdyby spotkało go to, co Grimbalda Wspaniałego, w czwartek o osiemnastej. Mianowicie, w tej godzinie przedwieczornej nawiedziła go południca Justyna. Przyszła w szacie bielonej i przaśnej, z nogami bosymi, warkoczem na wpół rozpuszczonym, oczyma skromnie spuszczonymi. Stanęła przed chatą z miną adwentową, w wianku ze zbóż dorodnych, w wieku wskazującym na rozkwit w kierunku macierzyństwa i spojrzeniu znamionującym myśli dojrzałe niczym złoto kłosów. W ręku trzymała tajemniczy przedmiot owinięty płóciennym workiem.
    Wyjrzał Grimbald przez okienko i oniemiał. Piękna była i straszna zarazem.
    W pierwszej chwili chciał nawet krasnolud przywołać żonę na pomoc, ale przypomniał sobie, że jest jak Kevin – sam w domu.
    – Czego? – zawołał brawurowo Wspaniały zza okiennic.
    Uśmiechnęła się do niego niczym Mona Lisa i przysiadła na ławeczce pod wiśnią przy chacie, ręką wskazując wolne miejsce obok.
    Patrzył krasnolud na jej bladą piękność i choć podziw go brał, niczego nie rozumiał. Po kiego licha przyszła do niego z tą urodą renesansowej Madonny, bieloną szatą sięgającą na wpół łydki i warkoczem nie do końca zaplecionym. W dodatku przyszła w godzinie zupełnie nieprzystającej do czasu urzędowania południc.
    – Grimbald Wspaniały? – Zaszemrały jej usta bladoróżowe.
    – Jamci to, we własnej osobie – po chwili wahania odpowiedział krasnolud i po tym akcie odwagi poczuł się niczym najfajniejszy książę z bajki, ewentualnie błędy rycerz.
    Ta oto bladziuteńka, choć bynajmniej nie asteniczna, gołąbeczka znała jego imię i przydomek. Ta oto gołąbeczka, stoi przed nim z niemą prośbą w oczach i tajemniczym przedmiotem w ręku.
    Wyszedł na próg, odgarnął cień znad czoła, ruchem równie płynnym jak niegdyś grzywkę i zatupał z radości ze spotkania tej oto gołąbeczki oraz podziwu dla swojego junactwa. Piękna i straszna dziewoja przybyła akurat, gdy Grimbaldowa wyszła na spotkanie koła „Aktywnie Działających Niemodyfikowanych i Afirmujących Życie Kransoludek” (w skrócie ADNiAŻK). Pierś zafalowała Wspaniałemu, a w koniuszkach uszu poczuł przyjemne drżenie.
    Szmer z ust południcy zabrzmiał równie donośnie niczym jubileuszowa przemowa wąsatej teściowej krasnoluda Orsyta Miętowego, tyle, że dużo bardziej zrozumiale.
    – Poczęstujcie gospodarzu napitkiem.
    – Zakwas będzie godzien takiej osoby?
    – Będzie…
    Południca przygładziła pszeniczne włosy nad bladym czołem bez jednej zmarszczki, uniosła błękitne oczęta i już, już się zdawało, że się uśmiechnie, jednak kąciki ust nie drgnęły ani o milimetr ku górze.
    Grimbald pędem, o jaki podejrzewał się jedynie w marzeniach, gdy zdobywa Paupellę Niezdobytą, pobiegł do kuchni po kubek zakwasu domowej roboty. Wrócił niosąc go tak, by nie uronić ni jednej kropelki i podał z namaszczeniem gościowi.
    Dziewczyna wargi umoczyła, a resztę wylała na glebę.
    Rozdziawił w zdziwieniu gębę krasnolud i nie wiedział czy skląć ją, czy podziwiać. Postawił na drugie, bo dziewka dorodna, no i wiadomo – z południcą nie warto zadzierać.
    – Do miasta mi trza gospodarzu, jednak nie zwyczajna jestem industrialnych zachowań.
    – A po kiego licha, za przeproszeniem szanownej pani, rżanej babie miasto?
    – Zakochałam się, a miłość nie wybiera, nie pyta, odpowiedzi nijakiej nie daje, jeno dech zatyka i do wzdychania nakłania.
    Podumał chwilę nad repliką Grimbald i doszedł do wniosku, że rżaną, jak resztę bab, nie ma co starać się zrozumieć i najbardziej stosownym wyjściem, będzie przytakiwać.
    – Tak, to nawet logiczne.
    Po chwili jednak dodał:
    – Ale co ja mam z tym wspólnego?
    – Mówią, żeś bywały w świecie i biegle znasz municypalne zwyczaje.
    Faktycznie, za młodu Grimbald przebywał niecałe trzy lata u stryja Oswalda Przygodnego, w wielkiej aglomeracji miejskiej, gdzie pobierał nauki ze szkół wszelakich i różnorodnych. Ponieważ niezbyt te szkoły leżały Grimbaldowi na sercu, a i on szkołom był ością w gardle, ich przyjaźń kończyła się równie szybko, co niesatysfakcjonująco dla obu stron. I tak kształcił się Wspaniały na ekonomistę, kucharza, psiego fryzjera, kuglarza oraz kasjera walutowego, a nawet do czego się niezbyt chętnie przyznawał, zrobił przyspieszony kurs tancerza egzotycznego.
    – Prawda, liznęło się w życiu tego i owego z niejednego garnczka. Jednak powiem ci, żem nigdy południcy w mieście nie uwidział. Jesteście, bez obrazy, wieśniaczka i nijak wam do miejskich klimatów.
    – No przecież wiem – westchnęła południca Justyna – i dlatego szukam ratunku u kogo się da, a w pierwszym rzędzie u ciebie.
    Wspaniałość Grimbalda błyskawicznie nabrzmiała w duszy i wyparła z niej przynajmniej ze trzy zastarzałe kompleksy, gnieżdżące się w zakamarkach.
    – W takim razie zapodawaj romantyczną historię.
    – To było tak; jakieś dwa tygodnie temu szłam sobie w południe do pracy. Normalny, letni dzionek; duchota, bezwietrznie i gorąco jak na zapleczu w sklepie goblina Innocentego. Miałam w planach przyduszenie jakiegoś, dorodnego kosiarza, albo pracowitą żniwiarkę, albo choćby uprowadzenie małoletniego, pozostawionego bez opieki. Ostatnio nie wyrabiam planów i szef się mnie czepia, grożąc że wcieli w życie program motywacyjny, a wiadomo, co to oznacza…
    – Co? – Zapytał Grimbald, bo pojęcia nie miał, co może oznaczać program motywacyjny dla rżanej baby, co to ogałaca z przytomności ludzi pracujących na polu, przyprawia o ból głowy osoby ucinające drzemkę w słońcu i porywa dzieci, pozostawione samotnie w pobliżu obszarów rolnych. Południce słynęły z tego, że uwielbiały zadawać ofiarom zagadki, a gdy te nie znały odpowiedzi, a na ogół nie znały, dręczyły je pioruńsko, a co bardziej gorliwe, jak głosiła fama, nawet uciszały forever.
    Spojrzał na tajemnicze zawiniątko w rękach dziewczyny i głośno przełknął ślinę.
    – Nie chcę cię zanudzać moimi problemami zawodowymi, chociaż każdy przecież wie, jak trudno dzisiaj o dobrą robotę. Otóż jeśli nie wykażę znaczącej poprawy w realizowaniu ambitnego harmonogramu zawodowego, to w ramach programu motywacyjnego, będę musiała wykonywać wyśrubowane, specjalnie dla mnie skonstruowane, dzienne normy, a także każdego poranka składać szefowi raporty z tego co dokładnie robiłam, gdzie i w jaki sposób szukałam i jakie zagadki mam przygotowane na zagajenia potencjalnych ofiar. Posuwa się nawet do tego, że każe mi przed sobą odgrywać zainscenizowane scenki zawodowe i poprawia mój modus operandi. Ech, szkoda gadać.
    – Tak, takie czasy…U mnie też nielekko. Związki zawodowe gówno robią, a pracodawca to ma porządnego krasnoluda w..
    Ale południca Justyna nie miała ochoty słuchać o związkach zawodowych krasnoludów i pośpiesznie przerwała.
    – Tak jak mówiłam, nie chcę przynudzać, przybyłam szukać rady i pomocy w kwestiach natury sercowo-zurbanizowanej.
    Nie powiem, pochlebiło to mocno Grimbaldowi, ale też tęgo zaniepokoiło. Co jeśli nie zaspokoi oczekiwań południcy? Co jeśli wcieli jego osobę w wyśrubowany program motywacyjny dla rżanych bab?
    Znów głośno przełknął ślinę i poczuł dojmujące pragnienie i suchość w gardle.
    – No, ale jeszcze słowem nie wspomniałaś o wybranku.
    – A tak, tak.
    Zmarszczyła białe czoło i przymrużyła niebieskie oczęta.
    – Przecudny on ci jest i ponoć ma małą gastronomię w mieście.
    – Aha – wystękał krasnolud.
    – Poznałam go w samo południe.
    – To mnie zaskoczyłaś… – mruknął Grimbald.
    – Żebyś wiedział – Południca lekko uniosła głos – to największa niespodzianka w moim życiu. Spał mój miły mieszczuch na skraju pola, niczym elfik w kołysce z drzewa lipowego i już, już miałam go przydusić, już miałam zakolebać jego świadomością, gdy… Sama nie wiem co we mnie wstąpiło? Szef by mnie zabił, gdyby dowiedział się, że taką okazję zmarnowałam. Usiadłam przy miastowym i czekałam, aż się obudzi. Jak on pięknie spał. Wiesz? Napatrzyłam się w życiu na wiele snów, ale nikt tak cudnie jak on nie fantazjował. Urzekł mnie. Słyszałam szum łanów, dojrzewanie ziarna, pękanie wysuszonej ziemi, szelest wiatru południowego… chyba po raz pierwszy w życiu zawodowym zdałam sobie sprawę, że prócz ofiary są jeszcze inne aspekty. A on spał… Weszłam w jego sen.
    – To wy tak umiecie? – spytał zaskoczony Grimbald.
    – Umiemy, ale nie bardzo lubimy. Sny to bagno. Wejdziesz w coś takiego i wciąga cię, wsysa, wchłania. Bleee… Oślizgłe pragnienia, mokre żądze, lepkie wspomnienia, przedziwnych marzeń cała fura, wszystko to wymieszane, powycinane, poskładane, pozlepiane. Bleee… Unikam tego. Ot, przysiadam, przyduszam i po sprawie, czasem zadam pytanie, gdy się gościu niespodzianie ocknie.
    Nie spać w południe na łonie natury… samemu, zakonotował w notesiku pamięci, Wspaniały.
    – A on – kontynuowała Justyna – on, to dopiero umiał śnić. W każdym razie zakochałam się w tym śnie i w nim samym, tylko że…. że… on się obudził i wtedy…
    – Co wtedy?
    – Spojrzał na mnie jak na gówno Minotaura.
    – Niee.
    – Tak! Widziałam w jego wzroku zdziwienie, rozbawienie, zaciekawienie ale również wyższość miejskiej ogłady nad plebejską obyczajowością i… chyba nigdy tak bardzo się nie wstydziłam stóp bosych, szaty bielonej i przaśnej, wianka na głowie i… tego nie do końca zaplecionego warkocza. Jestem do niczego.
    – No niezupełnie, tyś rżana baba.
    – No i co? Zaimponuję tym komu w zurbanizowanej aglomeracji? No? Sam widzisz? Nie.
    Spuściła głowę i potrząsnęła leciutko zawiniątkiem.
    – Czekaj, czekaj… ale pogadaliście se trochę z tym miastowym.
    – Tak. Zapytał mnie o imię, o drogę i powiedział, że na rustykalną miss okręgu mogłabym startować.
    – I to wszystko?
    – Niezupełnie, ja też zapytałam o jego imię, skąd jest, co tu robi i wskazałam skrót do wioski.
    – Coś jeszcze o nim wiesz.
    – No jasne! Znam przecież jego sny. W jego sennych marzeniach było wszystko… To, że szuka bratniej duszy, że kocha dzieci, kotki, seriale komediowe, idylle i bukoliki, że jest dobry, wrażliwy i zna trzy języki obce, że marzy aby z małej gastronomi zrobić sieć jadłodajni fastfoodowych.
    – Tak, a adres zamieszkania w tym śnie był?
    – Nie.
    – Wiesz ile ma lat?
    – Nie.
    – Czy jest żonaty?
    – Chyba nie… Chociaż była jakaś taka w jego snach, ale niewyraźna i mdła. Nie liczy się.
    – Czy on wie, że go kochasz?
    – Chyba nie.
    – Ciężka sprawa – westchnął krasnolud.
    – Wiem, ale kocham go, odszukam i ja nawet… nawet się dla niego zmienię.
    W co, chciał się zapytać Grimbald, ale jakoś dziwnie to pytanie uwięzło mu w gardle.
    Południca Justyna sięgnęła po leżący na jej kolanach tajemniczy przedmiot zawinięty w białe płótno i wysupłała srebrzysty sierp.
    Krasnolud poczuł, że leciutkie drżenie w koniuszkach uszu wzmogło się i przeniosło w okolice kolan.
    Justyna uniosła błyszczące narzędzie w jednej ręce, a drugą chwyciła swój pszeniczny, nie do końca zapleciony warkocz.
    – Co zamierzasz zrobić? – spytał Wspaniały głosem lekko przyduszonym.
    – Precz z prostotą szaty bielonej i przaśnej, przecz z wiankiem, precz z nogami bosymi, a przede wszystkim precz z warkoczem na wpół zaplecionym.
    – Stop! – wrzasnął Grimbald.
    – No co? – dziewczę znieruchomiało w dziwnej, acz dość kuszącej pozie.
    – Oszpecisz się, a nikomu nie zaimponujesz amatorskim cięciem.
    – Nie takie znowu amatorskie – odburknęła, ale opuściła morderczy przedmiot na kolana i załkała.
    – A co się tu wyprawia?! – zaskoczył ich dźwięczny i donośny głos.
    – Co to za mordercze narzędzia, płacze, spazmy i blade dziewice na mojej posesji?
    Przed nimi stała w pozie znamionującej determinację i skrajne oburzenie Grimbaldowa.
    – Nie unoś się duszko – pospiesznie wyjąkał małżonek, zerwał się i stanął przed nią na baczność, bowiem uznał że to najlepiej pomoże w zapobieżeniu ewentualnej familijnej katastrofie – to sąsiadka południca przyszła rady roztropnej zasięgnąć, w kwestii emigracji sercowej.
    – A, takie buty – żona ciut złagodniała.
    – Butów też nie mam – załkała głośno południca.
    Przysiadła Grimbaldowa na miejscu pozostawionym przez gospodarza i zarządziła:
    – Skocz no stary, po coś do picia, a ty kochanieńka – zwróciła się do dziewczyny – odłóż na bok ostre narzędzie pracy, wytrzyj nos i gadaj od początku, w czym rzecz.
    Kiedy Grimbald wrócił z dzbankiem zakwasu obie niewiasty siedziały na ławce przytulone do siebie, trzymając w ramionach, szlochając i posmarkując w bieloną i przaśną szatę południcy Justyny.
    – Nie bądź głupia, nie daj się nabrać na niesprecyzowane sny o potędze – płakała krasnoludka – prędzej, czy później, z każdego księcia Grimbald wychodzi.
    Krasnolud po cichu wycofał się do chaty. Zachciało mu się bardzo pić, ale stanowczo czegoś mocniejszego niż zakwas domowej roboty. Czuł piątym zmysłem, że w domu musi być schowana butelka na specjalną okazję. A jaka okazja będzie bardziej specjalna niż intensywny płacz małżonki w ramionach rżanej baby? Na drobiazgowych poszukiwaniach zeszły mu ze trzy kwadranse i gdy już był bliski odnalezienia, gdy czuł, że zaraz go olśni i znajdzie remedium na specjalne okazje, do chaty wkroczyła Grimbaldowa.
    Po łzach nie było już ani śladu, a ona sama zdawała się być niezwykle zadowolona.
    – Gdzie południca? – spytał się.
    – Poszła.
    – Do miasta?
    – Do jakiego miasta? Do domu. Durny ty, co rżana baba robiłaby w mieście? Przyduszała na parkingu przed supermarketem, rozdawał ulotki przyprawiające o ból głowy? Tu jest jej miejsce, a jak chce jej się miłości, to niech sezonowo się podkochuje, gdy mieszczuchy masowo na kanikuły zjeżdżają. Młoda, to jeszcze nie wie; na gorącą miłość lepiej poczekać do następnego lata, niż gonić za nią w zimie. Zresztą, wytłumaczyłam jej, że wielce prawdopodobne jest to, iż wcale się nie zakochała, tylko przyduszona straszliwym mobbingiem w pracy, desperacko szuka jakiejkolwiek ucieczki. Choćby za nieznajomym do miasta.
    – A ty skąd to wszystko wiesz? – zdziwił się mocno Grimbald.
    – Ja? Ano… z opowiadań… Lepiej gadaj czemu znów palcem w chałupie nie ruszyłeś i nic nienaprawione?
    – Coś taka pewna, że gdy ciebie nie było, nie nareperowałem tego i owego?
    – Po oddechu.
    – Co?
    – Już ze dwa tygodnie, jak schowałam flaszeczkę okowitki za skrzynką z narzędziami i gdybyś cokolwiek miał naprawiać wyczułabym to w twoim oddechu.
    I tu musiał bić się w pierś Grimbald Wspaniały i przyznać, że choć małżonka jego urody dość pośledniej, rozum ma prima sort.

  • Aga

    Ochrona przed strzygą.
    Proponuję zrobić klatkę, ale taką sprytną, mało widzialną, taką klatkę- nie-klatkę.
    Niech wyobraźnia podpowie, bo każdy przypadek inny.
    Klatkę postawić przy łóżku.
    Gdy strzyga wpadnie w klatkę, nie będzie przerażona, bo pamiętamy, że ta klatka to taka trochę jak nie klatka 😉
    Bo najważniejsze, by strzyga nie znienawidziła nas przez to bardziej, niż ma w naturze.
    I jak już ją złapiemy, to z nią pogadać, poczęstować cydrem czy słodkim czymś, by złagodniała.
    I jak już będzie spokojna, to pokazać jej, że chłeptanie krwi i straszenie to już niemodne i że wspólnie można fajne rzeczy przeżywać.
    Ale że strzyga to strzyga i na zawsze natury swej nie zmieni, to ewentualnie można ją prosić do akcji przeciw komuś co na gościńcach napada na dobrych ludzi.
    A po zaprzyjaźnieniu, można razem chodzić nocą obserwować sowy, bo strzyga szybciej ja wypatrzy i pokaże.

  • Aleksander Piast

    Poradnik walki z Czartem

    Kiedy zdarzy ci się widzieć czarnego kota, w pobliżu twojego domu nie uciekaj, nie zbaczaj mu z drogi, patrz prosto w oczy. Jeśli zauważysz, że zwierzę utyka na jedną nogę rób to samo. Stań w odległości 5 kroków od kota i staraj się obejść go zataczając krąg, nie zapomnij utykać na jedną nogę. Zwróć uwagę, czy zwierz ma ogon w całości, czy jest on ucięty. Jeśli zerwie się porywisty wiatr, mierzwiący ci włosy. Spokojnie, nie wpadaj w panikę, wówczas jest pewne, że masz do czynienia z czartem, który przyjął postać czarnego jak smoła kota. Trzymaj dystans i obejdź czarta, za wszelką cenę staraj się zatoczyć coś na wzór słowiańskiego kołowrotu i zamknąć go w miejscu, w którym zacząłeś. Jeśli uda Ci się zamknąć swarga wygrałeś, wiatr powinien się uspokoić, kot obrócić i pójść swoją drogą, a ty postaraj się wyrównać oddech i wróć do poprzednio wykonywanej czynności. Tym razem udało Ci się go przechytrzyć, ale uważaj bo demon tak łatwo nie odpuszcza i zapewne jeszcze będzie próbował przejąć kontrolę nad twoją duszą.

  • Jarko z Miańska

    Z wielu opisów wynika, że demony mają bardo wrażliwy węch. Już w Starym Testamencie Tobiasz palił przed opętanym wnętrzności ryby. Smród ten miał przegonić demona. Podobne przykłady mamy i dzisiaj. Pewien bydgoski egzorcysta wyganiał diabła z ludzi relikwią ze skarpety Jana Pawła II. Demon podobno krzyczał, że relikwia śmierdzi. Tak więc na chrześcijańskie demony działają skarpety.
    Ze słowiańskimi demonami może być podobnie. Trzeba tylko zdobyć onuce jakiegoś wielkiego, słowiańskiego wojownika. Może można je zdobyć w jakimś muzeum? Jeżeli woj był bardzo waleczny i długo ich nie zmieniał to pewnie zadziała. Zapach onucy wygoni demony, robactwo i prawdopodobnie domowników…

  • JSG

    Jak walczyłem z duchami kilkakrotnie rozpisywał się nie będę. Powodów jest kilka a głównym z nich jest fakt że Ci dla których to czyniłem skutecznie jeszcze w szczęściu i nieświadomości błogiej chodzą po tym łez padole i gdyby poznali prawde mogli by znów paść ofiarą sił nieczystych. Pomijam już fakt że blog ten nie jest zastrzeżony jedynie dla osób pełnoletnich a opisy tego co czasem się z wiłami czy innymi rusałkami wrednemi trzeba nawywijać do świadomości dzieći nie powinien trafić.
    Opisać mogę natomiast jak przy niekoniecznie dobrowolnym udziale Mietka Mietki i Mietki Drugiej (bez wnikania w szczegół bo ich nie rozróżniam, nie bez powodu u mnie wszystkie koty od zarania dziejów po wsze czasy są zwane Mietkiem lub Mietką). Otóż kot to zwierze dziwne. Z jednej strony pełne mocy magicznej dobrej ale i złej. Porusza się w międzywymiarowej przestrzeni bez zwracania większej uwagi na to w którym wymiarze jest. I tak oto kot snujac się po domu zbiera na futrze negatywną energię aż go coś opęta. Wskakuje na meble, gniecie leżącego, myszkuje po garach, rozlewa wodę… Jest to znak pewny ze kot na futrze zebrał już całą złą energię z domu i zaczyna go ona opanowywać. Tu dochodzimy do momentu w którym lepiej mieszkać w domu niż na 10 piętrze (zakładam że w tym przypadku połowicznie by to również zdało egzamin ale lepiej nie próbować).
    Okno jak każdy wie to sfera sacrum- ramowy portal do innego wymiaru, obłorzony szeregiem tabu ma niesamowitą magiczną moc. Zupełnie co innego niż zwykłe szare drzwi prowadzące za zwykły codzienny próg, okno może nas przenieść do zupełnie innego świata. Zatem upewniwszy się że okno jest otwarte- rachunek ekonomiczny jest prosty- a przy szybach pakietowych i tak było by to nie wykonalne, ujmujemu rzeczonego kota oburącz i spokojnie, bez nerwów wyrzucamy kota wraz z kłèbiącą się w jego sierści złą energią za okno. Podróż międzywymiarami, tarcie w portalu, powoduje ze oergia zła z kota opada, a on sam oczyszczony zbiera pozytywna energię i przynosi ją do domu, zwija się w kłębek i idzie spać wypełniając dom leczniczym mruczeniem. Gdyby tak kota wyrzucać przez drzwi to niestety nie podziała bo drzwi nie mają aż tak magicznej mocy. Od lat, kolejne już pokolenia Mietek i Mietków wykorzystuje w ten sposób i dom wolny jest od wszelakiego zła…

  • Jaroff

    Metoda na demony, czarownice i inne zmory jest znana i praktykowana od bardzo dawna i jest nią oczywiście „pierdnięcie dyftongalne” pisał o nim min. Salwador Dali, który opisał przypadek „jak pewien parobek pierdnięciem dyftongalnym diabła przegonił”! Również tę metodę zwalczania sił nieczystych a także wszelkiej maści czarownic opisał w XVIII w. niejaki Pierre-Thomas-Nicolas Hurtaut w książce „Sztuka pierdzenia”. Żeby nie być gołosłownym przytoczę fragment tej pozycji wskazujący na niezwykłą magiczną skuteczność tej metody:
    „O pierdnięciu dyftongalnym bez wątpienia myślał Horacy, opowiadając historię Priapa. pewnego dnia Priap, ten bożek prostacki pierdnął tak straszliwie, że wystraszył stado czarownic zajętych rzucaniem nań uroku. Gdyby to było jedynie pierdnięcie proste, pewno czarownice nie przestraszyłyby się wcale i nie poniechały magicznej roboty, nie porzuciły swych magicznych węży, by w dyrdy uciec do miasta. Możliwe, iż Priap zaczął od pierdnięcia prostego z wybuchem, podobnego pęknięciu pławnego pęcherza, ale natychmiast dorzucił pierdnięcie dyftongalne, a potem jeszcze jedno mocniejsze, które przeraziło już wstępnie wystraszone czarownice i zmusiło je do ucieczki.”
    Jako, że kuchnia Słowian żyjących głównie w puszczach była dosyć ciężka i nie tak lekko strawna jak dajmy na to np. kuchnia śródziemnomorska – pozwala to domniemywać, że stosowano podobne metody walki z rodzimymi demonami, strzygami i złymi duchami. Nie bez znaczenia pozostaje również fakt, że w II części Dziadów Adama Mickiewicza pojawia się jadło jako część rytuału. Fragment „Nie chcecie jadła, napoju, Zostawcież nas w pokoju! A kysz, a kysz! Pozwala także domniemywać, że dusze, które nie chcą jedzenia obawiają się tego, iż uczestnicy sami zaczną to jadło spożywać w wyniku czego zaczną masowo produkować owe pierdnięcia dyftongalne, co miałoby dla takiego ducha katastrofalne a często również tragiczne skutki. Na pewno zaś mogłoby się to dla niego zakończyć trwałym ezoterycznym kalectwem!
    Pewnym problemem są obecnie w Europie i w Polsce demony z importu np. dżiny. Ostatecznym i myślę całkowicie rozstrzygającym dowodem na to, że tego typu egzorcyzmy są skuteczne jest fakt, że nikt nigdy w pobliżu kebabowni, McDonalda i chińskich budek z jedzeniem żadnego demona z importu nie widział. W pobliżu zaś naszych rodzimych pierogarni i w jadłodajniach serwujących ziemniaki ze skwarkami, chłodnik litewski i mielone z zasmażaną kapustą – naszych demonów również też nie ma! Niechże by się który spróbował pokazać , niechybnie by natrafił na zmasowane zagęszczenie pierdnięć dyftongalnych… Bez cienia wątpliwości można także powiedzieć, że z powodu zbliżającego się okresu wzmożonego grillowania – demony co to się rozpasały późną jesienią i zimą teraz pochowają się po ciemnych lasach, bagnach i uroczyskach.
    Tutaj trzeba także dodatkowo podkreślić, iż karkówka albo boczek lub kiełbasa dobrze przypieczona i zwilżona piwem a obficie popita mocną siwuchą albo bimbrem skutecznie ochroni przed demonami w każdej puszczy, czy w nawiedzonym domu albo innej leśnej głuszy. Można i na stare cmentarze o północy chodzić bez najmniejszych obaw, bo choćby nawet i sam diabeł tam mieszkał, to diabelską intuicją mając – od razu wyczuje wzbierającą w nas „siłę dyftongalną” i zawczasu umknie zanim silna eksplozja antydemonicznej pary go całkowicie unieszkodliwi.

  • CzaroSlaw

    Pokonasz każdego demona siłą i charakterem… Ale tylko gdy Twe serce będzie czyste jak łza i lekkie jak piórko. Sercem bez strachu, pewnym zaś miłości.

    Pokonasz demona pewnym siebie spojrzeniem miotającym światło prosto z oczu… rozpraszającym mrok i zwiastującym świt.

    I żaden miecz Ci nie pomoże, jeżeli masz słabe ręce, ani żadna tarcza nie będzie skuteczna, jeżeli nie będziesz potrafił robić uników… Spryt i siła, jest więcej warta niż najlepsze uzbrojenie.

    Mów pewnym siebie głosem, który wprawia w drżenie, paraliżuje i rozbraja… Dźwięk Twojego głosu, sposób mówienia, mówi więcej, niż słowa, których używasz.

    Nasłuchuj, bądź uważny i nie pozwól się zaskoczyć… Wyprzedaj ciosy, panuj nad sytuacja i nie miej litości… Bo demon Ci jej nie okaże.

  • Erwin

    Jeżeli trafiło się wam podczas spoczynku na łóżko czuć ucisk na piersi, uderzenie krwi do głowy, a równocześnie brakowało wam tchu, natknęliście się na Zmorę. Kreatura ta sączy krew ze swojej ofiary z nosa, bądź nacina skórę szyji bądź skroni i wysysa.
    Zmora wygłodniała może skazać cię na śmierć z powodu swojego apetytu na Twoją energię i siły.
    Stworzenie to jest kształtem kobiety wysokiej o nienaturalnie długich nogach. Ciało jej jest przezroczyste, więc dostrzec można ją w świetle Księżyca, gdy światło przez nią przechodzi.
    Zalecam czytać uważnie, aby w porę rozpoznać atak ze strony tego stworzenia.
    W pierwszych oznakach przedstawionego ucisku piersi bądź poczucia rzucania się z boku na bok podczas snu wymaga się, o ile to możliwe przebudzenia natychmiastowego, w takim wypadku zmora sama ucieknie.
    Z pomocą osobie dręczonej możemy przyjść, trzymając w prawej ręce butelkę, a lewą ręką zgarnąć zmorę od od głowy ku stopom, przykryć wejście butelki i zapieczętować korkiem. Taką butelkę należy utopić bądź rzucić w ogień. Tak można walczyć.
    Uchronić można się natomiast zmieniając pozycję snu, więc radzę połozyć się odwrotnie głową w nogach bądź nie na wznak.
    Można ratować się także lustrem, gdy zmora zobaczy swoje odbicie z przerażeniem ucieknie.

  • Kamila Łabędzka

    Nadesłane przez czytelnika Łukasza S.

    „Licho”

    Niech to licho weźmie! Niech go licho porwie!
    Waćpan zważa na słowa! Bo będzie i u nas podobnie…
    Mościwy Panie… Zapewne wie Pan co było w Głogowie?
    Tam Licho gościło, nie chciało odejść… było PO-TWOR-NIE!
    Padała zwierzyna, ogień trawił wszystko! Racz Pan przestać…
    Nim wywołasz tę nieczystość! Z nieba będzie na nas bechtać…
    Jakie choróbsko przyniesie… Wieczorem gospodę spali!
    Gdzież my pić będziem?! Czyż już ją tam Pan widzi z oddali?
    Tę babę plugawą, parszywą istotę! Okiem patrzy…
    Jako że jedno ostało, lecz nawet tym jednym napstrzy…
    Okolicę ogniem nieczystym! Ach niedola nas czeka…
    Lecz istnieje sposobność… Niechże Pan jeszcze nie ucieka!
    Pamiętam historyję sprzed lat, Waćpan słucha uważnie…
    Głosili – powtarzam! Waćpanie… Mówię całkiem poważnie!
    Bestyja wnet zbliżała się, śmiechem nieludzkim straszyła…
    Szkaradna! Paskudna! Nad Isągiem z Utopcem bajczyła…
    Wzięły chłopy gable, lecz i to nie pomogło… Pan słucha!
    Podstępem wygrali! Sposób znaleźli! Biedna dziewucha!
    Był tam jeden odważny… We wsi całej męstwem swym słynął,
    O północy… Cisza… Prędko ziele rumianku oberżnął,
    Wtenczas chłopy chatę stawiali, specjalnie dla bestyi,
    W chałupie obiad podali, drogą zastawę kupili,
    Mnóstwo wina i jadła, wszystko dla Licha przystroili!
    Waćpan słucha! Nie ucieka! Nie oburza się tak wielce!
    Ja słyszałem! Tak mówili! Fakt, że było po butelce…
    Bohater rumianek ususzył, wstążką czerwoną oplótł,
    Wówczas Potwór winem się poił, posilał, obrus wygniótł,
    Sądził, że nieszczęście komuś sprawia, kolację podjada,
    Licho nie wiedziało, że cała wieś ze śmiechu ujada!
    Ze trzy beki tam wypito! Nagle Licho traci głowę…
    A chłopy dumne z siebie, że obmyślili taką zmowę!
    Śmiałek nagle podszedł pod drzwi, i zagrzebał w ziemi zioło,
    Księżyc w nowiu, środek nocy, strach rozlewa się na czoło…
    Mija wówczas chwila spora, Swaróg słońcem rozpościera,
    Licho wstaje – jednak inne… Waćpan jeszcze nie umiera!
    Słuchaj proszę! Koniec bliski! Historyja nam pomoże!
    Owa Bestia – zakochana! W kim? W tym chłopcze… Nie wspomoże…
    Waćpan jemu już nie może! Licho biegiem za mężczyzną…
    A wieś nietknięta tam została! Magia przodków… Starszyzną…
    Tak… starszyzną wyuczona! Ale waćpan lepiej w nogi…
    Licho znowu chłopa szuka! Jeszcze Pana z nim pomyli!
    Niech to licho weźmie! Niech go licho porwie!

  • Kamila Łabędzka

    „Na zaklęcie słowiańskiej mary” od Sesel Moon

    Na żytnią…

    Nie opuszczaj domostwa w południe człecze,
    Bo cię żytnia do grobu powlecze.
    By ustrzec się pięknego czarta,
    Skąp się w naparze z mchu i rumianka.
    Gdy Biała Pani przed Tobą stanie,
    I wyciągnie do Ciebie rękę,
    Spluń na jej bieluchną sukienkę.
    By zagonów Twych gniew jej nie opętał,
    Skrop pole krwią młodego cielęcia.
    Niech odejdzie w siną mara przeklęta,
    Co kradnie dusze i człeka nęka…