Kiedy rozum śpi, budzą się demony… O zmorach i nocnicach

Noc od zawsze budziła wielki strach wśród pierwotnych ludów. O szczególnej magii nocnego nieba można wiele powiedzieć chociażby na podstawie specyficznego podejścia dawnych Słowian do księżyca – tej naszej najjaśniejszej nocnej latarni, której pełny cykl od najwcześniejszych lat był traktowany jako wiarygodny miernik upływającego czasu. W wierzeniach dawnych Słowian księżyc jest traktowany jako oko nocy. Powszechnie wierzono w to, że w czasie pełni bądź nowiu człowiek był szczególnie podatny na ataki demonów wampirycznych, tzw. wąpierzy, z którymi w bliskiej relacji były od zawsze istoty przeszkadzające człowiekowi w czasie snu, tzw. zmory (mary) oraz nocnice (płaczki).

Sen dla Słowian był szczególną porą, w trakcie której dusza odpowiadająca za jaźń i świadomość mogła opuszczać ludzkie ciało (konkretnie – głowę), po to by dowolnie podróżować po przeszłości i przyszłości, a także wszystkich możliwych miejscach tego świata. Wędrówka tej duszy nie stanowi dla człowieka niebezpieczeństwa, gdyż w czasie snu wciąż pozostaje z nim dusza tchnienia i życia. Jak dobrze wiemy, dla Słowian życie kończyło się w momencie, gdy obie składowe dusze ulatywały z niego. Ten fakt starały się wykorzystywać demony nocne, które porę snu traktowały jako idealną okazję do ataku na bezbronnego w tym czasie człowieka. Zmory i nocnice dokuczyć mogły człowiekowi ugryzieniem i wyssaniem krwi, a także próbą podduszenia bądź zesłaniem na niego koszmarów. Od zarania dziejów człowiek lubił się wysypiać, zatem nic dziwnego w tym, że w starciu z demonami nocy człowiek nie przebierał w środkach, chcąc je od siebie odgonić.

Francisco Goya, El sueño de la razón produce monstruos.

Francisco Goya, El sueño de la razón produce monstruos.

Na obszarze Słowiańszczyzny wierzenia na temat zmór były różnorodne. Symptomatyczne dla wszystkich Słowian jest jednak zgodność w tym, że nocami człowieka dręczyły przeważnie przeklęte dusze żeńskie. Podczas opowiadania ludowych opowieści o zmorach i nocnicach nikt raczej nie posługiwał się nazwami zmór lub nocnik. Męskie demony snu, jeśli już się pojawiały, to przeważnie we folklorze, gdzie opowiadano czasem o gniotkach i gnieciuchach. Wygląd demonów przeszkadzających człowiekowi we śnie nie był sprecyzowany – w słowiańskich podaniach zmory przybierały rozmaite postaci, zarówno ludzkie, jak i zwierzęce.

Jednym z najczęstszych wyobrażeń zmory jest postrzeganie jej jako przezroczystej kobiety z nienaturalnie wydłużonymi kończynami. Typowe dla zmór było również posiadanie nieestetycznych, zrośniętych brwi. Takie zmory były dobrze widoczne w świetle księżyca podczas pełni, jednak w porze nowiu (absolutnej ciemności) istoty te stawały się całkowicie niewidzialne dla człowieka. Inną antropomorficzną postacią zmory jest groźnie wyglądające, zdeformowane dziecko, często z czerwoną czapką na głowiek. Czasem również demony te dostawały się do człowieka pod postacią kota, łasicy, żaby, ćmy bądź myszy. Bywały nawet na tyle przebiegłe, że czasem maskowały one swoją obecność w igle bądź źdźble słomy. Posiadane przez zmory umiejętności sprawiały, że te z łatwością były w stanie przedostać się do domostwa. Demony nocy nie potrzebowały wcale ani komina, ani otwartego na noc okna. Żeby przedostać się do swej ofiary, wystarczyła im wyłącznie dziurka od klucza, przez którą przechodziły pod dowolną postacią.

Autor: Kalessaradan ©

Paul Bielaczyc, Koszmar (węgiel i kreda), Arabani Studios ©

Zmorę powszechnie wyobrażano sobie jako istotę żywiącą się ludzką krwią, stworzenie wampiryczne. Ślady po ukąszeniu krwiożerczego owada często dla ludzi były dowodem na to, że koło ich legowiska grasuje niebezpieczna zmora. Atakujący demon miał w czasu siadać na klatce piersiowej swej ofiary, którą następnie przygniatał i przyduszał. Z tego powodu w kulturze ludowej różnych regionów pojawiają się oboczne nazwy zmór: gniotek, gnieciuch, dusiołek, siodełko. Niech te urocze nazwy nikogo jednak nie zmylą. W swych atak demony nocy były bezwzględne – nagłym przyciśnięciem wywoływały uderzenie krwi do głowy, którą następnie mara mogła się pożywić. W tym celu spijała ona krew wyciekającej nosem bądź nacinała zębami żyły na skroni bądź szyi. Taka ofiara zmory, jeśli w porę się nie wybudzi, na następny dzień budzi się wyczerpana. Demony te raczej nie zabijały ludzi, gdyż byli oni ich żywicielami. Wyssana z człowieka energia zawsze się regenerowała, przez co zmorom zależało raczej na tym, by swą ofiarę zostawić przy życiu. Czasem jednak wyjątkowo żarłoczna zmora mogła w swym szale zabić ofiarę, pozbawić ją całej energii.

Człowiek dręczony przez zmorę rzuca się w swym łóżku, poci się i jęczy, nie mogąc zaznać spokoju. Poczucie charakterystycznego ukłucia w klatce piersiowej było jednoznacznym dowodem na to, że człowiekiem zainteresowała się jakaś wredna mara. Działalnością zmór było też tłumaczone zjawisko paraliżu sennego – nocnego porażenia mięśni podczas równoczesnego zachowania pełnej świadomości. Nic w tym dziwnego. Warto przypomnieć, że zjawisku paraliżu sennego towarzyszą zazwyczaj bardzo nieprzyjemne doznania psychiczne, takie jak ogłuszające dudnienie lub dzwonienie w uszach, a także uczucie bezwładnego spadania bądź wykręcania ciała, przygniatania klatki piersiowej lub kończyn. Niejednokrotnie podczas porażenia przysennego ludziom zdarzały się i zdarzają się halucynacje, w których należy dopatrywać się początku wyodrębnienia się wierzeń na temat zmór.

John_Henry_Fuseli_-_Zmora W podaniach ludowych zmory nie dręczyły wyłącznie ludzi. Równie często (bądź nawet częściej) ich ofiarami stawały się zwierzęta, szczególnie konie. Wierzono nawet, że zmory mogły wysysać soki z roślin, które następnie więdły i obumierały. Podczas nocnych harców zmora mogła uprowadzić konia, z którego następnie wyciągała wszystkie siły podczas szaleńczego galopu. Zwierzę nawiedzione przez zmorę stawało się niespokojne, przez co często taki koń stawał się wówczas nieprzydatny – doznana trauma sprawiała, że zrzucał on z siebie każdego dosiadającego go jeźdźca. Na zwierzęta w gospodarstwie zmora mogła sprowadzić również pomór. Mary lubowały się w swej szkodliwej działalności, przez co często pozostawiały one po sobie znaki. Jednym z nich było zaplatanie warkoczy na końskich grzywach lub ogonach.

Człowiek chronił siebie i gospodarstwo przed zmorami na rozmaite sposoby. Niektórzy wyczekiwali nadejścia mary, po to by podstępnie zamknąć ją w butelce, którą następnie wyrzucano do ognia bądź wody. Skuteczna była również zmiana pozycji snu – ułożenie się w łóżku z nogami w miejscu głowy, tak by zdezorientowana zmora nie wiedziała, w jaki sposób ma zaatakować. Typowy dla zmór był również strach przed lustrami. Rzekomo demony te były na tyle brzydkie, że po ujrzeniu własnego odbicia, natychmiast uciekały tam, skąd przyszły. Zmniejszoną szkodliwość zmór w dzisiejszych czasach wielu tłumaczy właśnie tym, że obecnie w ludzkich domostwach jest więcej zwierciadeł niż dawniej. Dobrym sposobem przegnania zmory było nakarmienie jej. W tym celu mówiono jej w nocy zaproszeniu, z którego bardzo chętnie korzystała. Taka mara pukała wówczas rano do ludzkiego domostwa pod postacią dziewczyny, która bez żadnego słowa zabierała podarunek i znikała. Niektórzy jednak za nic w świecie nie chcieli iść na ustępstwa demonom – tacy mogli chcieć odegnać złe za pomocą ustawionej na sztorc przy łóżku kosy lub siekiery. Złe uciekało również przed odorem ludzkiego moczu i kału, którymi smarowano nie tylko końskie grzywy, ale też klamki lub miejsca ludzkiego snu. Konie chroniono także poprzez przybijanie gwoździami lub widłami do drzwi stajni ptaków, najczęściej sów lub srok.

Autor: Kalberoos ©

Autor: Kalberoos ©

Bardzo interesująco przedstawiają się wierzenia na temat genezy zmór. W podaniach ludowych utrwaliło się szczególne postrzeganie tego stworzenia jako istoty półdemonicznej – duszy człowieka żyjącego, która wiedzie własny samodzielny żywot w oderwaniu od swej cielesnej powłoki. Z tego powodu zmory należy traktować jako ewenement w słowiańskiej demonologii, w której zdecydowany prym wiodą dusze osób zmarłych jakąś tragiczną śmiercią. Należy jednak nadmienić, że nocnym demonem często też stawały się właśnie takie dusze osób tragicznie zmarłych: niemowląt porzuconych i zmarłych z głodu bądź chłodu po urodzeniu bądź kobiet. Intrygującym wątkiem powracającym w ludowych opowieściach o zmorach jest przekonanie o tym, że demonem stawała się dusza siódmej (rzadziej szóstej) córki tego samego ojca. Zostaniu zmorą sprzyjało również posiadanie wielkich krzaczastych brwi, które dążyły do tego, by być razem, a także różnokolorowych tęczówek oczu.

Po przyjęciu chrześcijaństwa wierzenia o zmorach mocno wymieszały się z chrześcijańskim światem duchowym, przez co zaczęto wierzyć w „zmorowatość” osób nieochrzczonych. Jednym z ciekawszych ludowych wyjaśnień na temat powstawania zmór jest przekonanie, że stawały się nimi dusze osób, które pożegnano przekręconą formułą pozdrowienia anielskiego: Zmoraś Mario zam. Zdrowaś Mario. W nowych wersjach ludowych opowieści przed zmorą chroniło również odmówienie pacierza pod skropienie miejsca snu wodą święconą. Ratunku przed tym demonem niektórzy katolicy doszukiwali się nawet w osobie św. Benedykta, którego wizerunek ustawiano nieopodal łóżka. Wiara w zmory ma jednak znacznie starszy rodowód. Świadczy o tym chociażby pochodzenie nazwy tego demona od bardzo starego rdzenia mara, który oznaczał śmierć zarówno dla Słowian, jak i mieszkańców dawnych Indii. Być może zmory (mary) mają też jakiś związek ze słowiańską Marzanną – boginią śmierci i zimowej aury.

Autorka: Ink-Yami ©

Autorka: Ink-Yami ©

Od zmór należy wyraźnie oddzielić nocnice i płaczki – inne słowiańskie demony również zajmujące się dręczeniem człowieka w czasie snu. W prawdzie z czasem wierzenia na temat tych istot zlały się niemal całkowicie z opowiadaniami o zmorach i marach, jednak w dawnych czasach istniało między nimi bardzo wyraźne rozgraniczenie. Nocnica w wierzeniach Słowian była pośmiertną formą egzystencji potępionej kobiecej duszy. Gdzieniegdzie wierzono w to, że nocnicami stawały się dusze dziewczyn zmarłych pomiędzy zapowiedziami a zaślubinami. Opisywano je jako długonogie istoty żyjące w lasach, czeszące się szyszkami i kręcące się nieopodal rozdroży, przy których mogły atakować wędrowców. Tak wyobrażanym nocnicom blisko było do znanych z Wiedźmina północnic, które w istocie były żeńskimi demonami atakującymi człowieka w okolicy północy. Zresztą, północnica jest właśnie nazwą oboczną dla nocnicy.

Szkodliwą działalnością nocnic było również nawiedzanie ludzkich domostw, w których interesowały się przede wszystkim niemowlętami. Takiemu niemowlęciu nocnica (nazywana również za sprawą tej działalności płaczką) przeszkadzała szczypaniem i wybudzaniem. Nagłe wybudzenie dziecka w środku nocy z płaczem tłumaczone było bardzo często tym, że którąś drogą musiała zakraść się do niego płaczka. Nocnice wyobrażano sobie czasem jako młode lub stare kobiety. Ich częstym atrybutem była czarna suknia. Straszeniem śpiących niemowląt zajmowały się również kikimory, których obecność w domu było bardzo łatwo usłyszeć za sprawą charakterystycznego warkotu kołowrotków, na których podjeżdżały do swoich ofiar. Jak zatem wyraźnie widać, na śpiącego człowieka niejedno licho czyhało, przez co nic dziwnego w tym, że od zarania dziejów ludzie doceniali każdą dobrze przespaną noc.

Autorka: MartaEmilia ©

Autorka: MartaEmilia ©

Źródła:
B. i A. Podgórscy, Wielka księga demonów polskich: leksykon i antologia demonologii ludowej.
L. Pełka, Polska demonologia ludowa.
K. Tęcza, Zjawy i strachy polskie.
P. Lasota, Zmora w polskiej demonologii ludowej na podstawie relacji z terenu wschodniego Mazowsza i centralnej Lubelszczyzny.
Echa Swantewita, O zmorach i nocnicach.

Udostępnij na:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Demonologia, Demony wampiryczne i ludzi dręczące i oznaczony tagami , , , , , , , , , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
  • Opowieści o zmorach wydają się bardzo sensowne, gdy się przeżyło taki atak. To nie było zbyt przyjemne.

    • Kamil Gołdowski

      Potwierdzam. Miałem raz paraliż przysenny. Bardzo nieprzyjemne uczucie i wiele dziwnych bodźców wówczas człowiek odczuwa.

  • przemeo89

    Co jakiś czas, czasami pare razy w tygodniu mam paraliż senny a czasami nie mam go z miesiąc. Kiedys sie bardzo balem przy ataku z czasem sie przyzwyczaiłem i opanowałem atak do tego stopnia ze mogę go kontrolować i zapanować nad tym. Mogę sie przenieś gdzie chce i robic co chce we snie podczas ataku. Ciało sie nie porusza ale umysl nie śpi trzeba tylko pokonać strach. Jest tez jedna technika by wywolac taki paraliż należy nie poruszac żadnym mięśniem podczas zasypiania, zwolnic oddech i gdy juz sie czuje ze zasypia jednym mięśniem nieważne ktorym poruszać co parę sekund po chwili od nóg do głowy przechodzi dość szybko paraliż. Kiedys mialem nawet po kilka takich ataków w nocy. Pewnej nocy towarzyszyły mi takie chaluny ze slyszalem i sluchalem polskiego radia Londyn bardzo wyraźnie jak bym sluchal naprawde.