Ej! Kulig! Kulig! Kulig!

Karnawałowe świętowanie sięga swą genezą czasów starożytnych. Korzeni tych hucznych, swawolnych i wesołych zabaw należy szukać w rzymskich Saturnaliach i ateńskich Anthesteriach. Te pierwsze to hałaśliwe i wesołe obchody jesiennych zasiewów, które trwały, aż do Nowego Roku, a drugie to obchodzone w lutym święta powitania wiosny. Jednak początków karnawału należy upatrywać przede wszystkim w greckich obchodach ku czci boga wina – Dionizosa. W Europie zabawy karnawałowe urządzano najwcześniej w krajach śródziemnomorskich. Był to czas tańców, ulicznych widowisk, maskarad i pochodów. Nazwa karnawał pochodzi od starowłoskiego słowa carne vale oznaczającego obrzędowe pożegnanie mięsa przed wielkim postem. Również od łacińsko – włoskich terminów carnem laxare, levare lub łacińskiego carniprivum, co w wolnym przekładzie oznacza pożegnanie, opuszczenie, poniechanie mięsa. Nazwę tę wywodzi się także od łacińskiego carrus navalis, w starożytnym Rzymie używano tej nazwy dla określenia łodzi na kołach. Był to wielki ukwiecony pojazd Dionizosa, pojawiający się na ulicach, podczas hucznych zabaw z okazji powitania wiosny.

W Polsce, mimo chłodniejszego klimatu niż w basenie Morza Śródziemnego  karnawałowe zabawy także były szumne, wesołe i pełne fantazji. Na gruncie polskim zostały one zaszczepione przez królową Bonę Sforzę. Oczywiście bawiono się zgodnie z polską tradycją i temperamentem. Jedną z najpopularniejszych karnawałowych zabaw wśród szlachty był kulig. Czas zabaw trwający od Nowego Roku lub od święta Trzech Króli do środy popielcowej nazywano zapustami. Zapusty to także trzy ostatnie dni przed Popielcem. Te ostatnie trzy dni karnawału nosiły też staropolską nazwę mięsopust (utworzoną identycznie jak nazwa karnawału od słów mięsa – opust, czyli pożegnanie, opuszczenie i poniechanie mięsa). Synonimiczne nazwy stanowią: ostatki, dni zapuśne, kusaki, kuse (diabelskie) dni.

Alfred Wierusz Kowalski, Kulig

Alfred Wierusz Kowalski, Kulig

Nie wiadomo, kiedy kuligi na stałe zagościły wśród zabaw i rozrywek karnawałowych. Badacz kultury polskiej, Zygmunt Gloger, próbując dotrzeć do genezy kuligów podaje jedynie, że: była to zabawa zapewne tak dawna jak dawno zasiały się gęściej dwory i dworki szlacheckie na równinach Wielkopolski i Małopolski. Już sama nazwa kulig sprawia problemy, ponieważ jej etymologia jest dość niejasna. Być może pochodzi od  laski z kulą u wierzchołka, za pomocą której dawniej zwoływano zebrania, wiece, a także przy jej pomocy zapraszano do karnawałowych zabaw. Ową laskę posyłano od domu do domu, co było znakiem, że należy się spodziewać niedługo zapustnych gości. Część badaczy zakłada, że słowo kulig może się wywodzić od wyrazu kul, który określał snop słomy albo nawet pięć snopów razem związanych w kupę. Natomiast trzecia, najmniej prawdopodobna hipoteza zakłada, że kulig pochodzi od czeskiego wyrazu koleg, który oznacza krążek. Jedno jest pewne, szlacheckie kuligi należały do ulubionych staropolskich rozrywek karnawałowych.

Kuligi urządzane były z wielkim szumem, rozmachem i brawurą. Na czele jechała sanna prowadzona przez wodzireja – arlekina, który zwoływała okolicznych mieszkańców do wspólnej zabawy. Zatrzymując się przy dworku arlekin wbiegał do mieszkania i z trzepaczką w ręku śpiewał skacząc: Ej! kulig! kulig! kulig! po czym znikał. Był to znak dla gospodyni domu, że należy podawać na stół przygotowane potrawy, a gospodarz udawał się do piwniczki, aby przynieść trochę wina. Kulig zajeżdżał od dworu do dworu, a w każdym na uczestników zabawy czekała uczta i salony przygotowane do tańca. Pan domu stojąc na ganku witał przybyłych gości i spełniał toast: Wiwat kulig i kochani sąsiedzi. Po czym zapraszał do domu, do obficie zastawionego stołu jadłem i napitkiem, a następnie na tańce. Kiedy goście najedli się, napili, ogrzali i potańczyli, czasem doszczętnie opróżniając zapasy piwniczki i spiżarni, na znak wodzireja i okrzyk KULIG – KULIG, ruszali w dalszą drogę. Odjazdowi towarzyszył dźwięk muzyki, śpiew i głośne dzwonienie janczarów. Nierzadko zabierali ze sobą przynajmniej jednego domownika, tak że do kolejnych odwiedzanych dworów, zajeżdżała coraz to większa gromada gości.

Warto wspomnieć, że kulig był zabawą tylko stanu szlacheckiego. Literatura nie odnotowała, aby w ubiegłych wiekach odbywały się też chłopskie kuligi. Jak wiadomo zabawa ta polegała na odwiedzaniu sąsiadów z całej okolicy tym sposobem, że pierwszy z rzędu zajeżdżał do drugiego, a potem już razem do trzeciego, czwartego, aż do ostatniego. Z każdego domu do wspólnej rozrywki przyłączała się niemała grupa osób, dlatego Oskar Kolberg przyrównał kulig do lawiny: rósł niczym alpejska lawina, a gdzie spadał, to tylko dlatego, aby wspólnie się ucieszyć, serca obywatelskie do siebie zbliżyć, stary obyczaj zachować. Ci, których kolej późno przychodziła, zawiadomiwszy zawczasu, iż są gotowi z przyjęciem, łączyli się od razu z towarzystwem, które uwijało się w okolicy. W ten sposób cały powiat wsiadłszy na sanie czynił pospolite ruszenie zabawy. Na pierwszy rzut oka, kulig przypomina spontaniczną zabawę, jednak w rzeczywistości przygotowania do niego rozpoczynały się jeszcze na długo przed tym nim spadł pierwszy śnieg. Zaplanowanie karnawałowej rozrywki zwyczajowo należało do młodych dziewcząt, zazwyczaj czyniły to z chętną pomocą swych matek. Wybór dworków do których należało zajechać z sanną raczej nie sprawiał większego kłopotu. Chociażby u O. Kolberga czytamy, że cały powiat, a nieraz i województwo, żyło ze sobą jak jedna wielka szlachecka rodzina. Jeśli sanna do kogoś nie dotarła, to ten miał prawo czuć urazę do swych sąsiadów.

Na hasło KULIG! w domu rozpoczynała się nerwowa krzątanina, bowiem gości należało uraczyć tym, co najlepsze. To, że jedni sąsiedzi doskonale znali drugich było bardzo przydatnym w urządzaniu kuligów. Bo jeśli: przeniknęli, że gdzie czegoś brakować może, to nasełali po sąsiedzkiej znajomości, ten trunków, ów zwierzyny, często też z kuligiem zajeżdżały sanie z zapasami, które nieznacznie przechodziły do kuchni, i tak gospodyni, co była w kłopocie jak tylu gości uraczyć, później czuła, że jej serce rosło, kiedy się wszystkiego z dostatkiem znalazło. Warto zwrócić uwagę na fakt, że zapasy gromadzono już jesienią, aby niczego na uczcie nie brakło. Gospodarze chętnie przyjmowali dary, które przywiozła sanna, jednak traktowali je raczej jako formę upominku dla gospodarza za gościnne i nie było warunkiem koniecznym, że taki podarek należy wręczyć. Liczba gości niejednokrotnie przewyższała możliwości noclegowe szlacheckiego dworku. Dlatego w pierwszej kolejności zapewniano dogodne warunki do snu kobietom, a mężczyźni na spoczynek udawali się do księdza na plebanie lub do pobliskiej karczmy.

A jak wyglądał sam wjazd kuligowego zaprzęgu? Zawsze towarzyszyła jemu głośna muzyka i wesoły śmiech. Kolberg ujął to następująco: Przyjeżdżano ze zmrokiem w towarzystwie hucznej muzyki, głuszonej przecież śmiechem, przy świetle kagańców i pochodni, od których lśniły się drzewa i lasy, nastrzępione śniegiem lub srebrem szronu oblane. Zdala było słychać orszak po tentencie koni, po brzęku kółek u pasów krakowskich, po jednorazowem w akt trzaskaniu biczem. Wjeżdżano galopem na podwórze, podwoiło się trzaskanie, głośniej zahuczała muzyka, wybuchły naraz śmiechy i wiwaty, a z jaśniejącego rzęsiście dworu wychodził gospodarz i gospodyni, witając uprzejmie kuligowe towarzystwo, ten klucz od piwnicy, ta klucze od spiżarni przewodnikowi kuligu oddając. We dworze znajdowano już dziewczęta, które z kuligiem nie zjechały; więc mężczyźni wychyliwszy pierwsze zdrowie na cześć gospodarstwa, puszczali się raźno w taniec. I śmiało można rzec, że dopiero w tym momencie zaczynała się prawdziwa zabawa.

Zmarznięci na mrozie uczestnicy sanny bardzo chętnie przystępowali do suto zastawionego stołu. Gospodarze zachęcali do dalszej konsumpcji, wesoło krzycząc: Czym chata bogata, tym rada! Ale kuligowego zaprzęgu wcale nie było trzeba zachęcać, ponieważ mróz tak im zaostrzył apetyty, że szybko ze stołu znikały misy z mięsną pieczenią, szynki, kiełbasy, zrazy, kapusta i inne frykasy. Na deser podawano cukierki, ciasta i ciasteczka. Krążyły też bardzo częste kolejki i coraz to nowe proponowano toasty głównie dla zdrowia, wszystkie przyjmowano z aplauzem, śmiechem i radością, a kieliszki duszkiem opróżniano. Jednak, jak podaje O. Kolberg: „Nim się czupryny kurzyć zaczęły, odgłos muzyki zwabiał do tańca rozweselone towarzystwo. Od tych zabaw nie usuwał się nikt, dzielił je kapłan, bo on z sąsiadami zawsze dzielił życie obywatelskie, nie omijał ich dygnitarz i choćby najpoważniejszy karmazyn.” Od zawsze  było wiadomym, że przy biesiadnym stole nie należy być odludkiem.

Adam Setkowicz, Saniami do kościoła

Adam Setkowicz, Saniami do kościoła

Kuligowe zabawy to też idealna okazja, aby połączyć młodych w pary. I do dzisiaj karnawał sprzyja swatom. Kulig był bardzo dobrą okazją, aby zobaczyć dawno niewidzianych sąsiadów, a alkohol sprzyjał w relacjach towarzyskich. Toteż, kiedy młodzi się weselili, to starsi odtańczywszy Polskiego, odchodzili do osobnej komnaty. A w tej komnacie wywiadywali się, naradzali, porozumiewali, kogo bym z kim węzłem małżeńskim połączyć. Matki czasem zostawały na tanecznej sali. Wtedy zajmowały ławki stojące pod ścianą i przegląd młodych robiły. Porównywały jak to młodzież podrosła od ostatniego widzenia, a przy tym czujnie śledząc czyje serce do kogo mocniej podczas tańca zabije.

Przy dobrej zabawie, to i ranek można przegapić. Okiennice zawsze szczelnie zamykano, coby słoneczny promień tańców nie zakłócił. I w ten sposób niejednokrotnie szlachta przehulała całą noc. Po krótkim odpoczynku, wszyscy znowu chętnie zasiadali do stołu na obiad. Po czym wierszem żegnali się z gospodarzami i udawali na dalsze wojaże. Takim kuligowym szlagierem był wiersz Wincentego Pola, zaczynający się od słów:

Wpadliśmy tu z hukiem i krzykiem,
Z weseliskiem i kuligiem,
Lecz na radość smutek godzi
Wstępna środa już nadchodzi

Powiedzieć tam wstępnej środzie,
Niech zaczeka na zagrodzie! (bis)

W okna bije dzionek biały,
Oczki pannom pomalały…

Dziękowano za przyjęcie, pito strzemiennego i wraz z gospodarzami, którzy przekształcili się teraz w kuligantów, jechano do następnego dworu.

Według kronikarza ks. Jędrzeja Kitowicza najsławniejsze, co do pijatyki i brawury były kuligi odbywane w dawnym województwie rawskim, owe kuligi pozostawiały po sobie tylko straty i spustoszenia. Kitowicz, jak to już miał w zwyczaju, z przekąsem zaznacza, że staropolskie kuligi najwięcej bawiły się pijatyką i obżarstwem, mniej zwracano uwagę na tańce. Nie wszyscy jednak przyjmowali kulig z otwartym sercem i pieśnią na ustach, także wśród szlachty zdarzały się sknery, które nie chciały się jadłem i napojem z nikim dzielić. O takich osobach powstały nawet anegdoty, które po wszystkich dworach rozpowiadano. A oto jedna z nich: Pewien kutwa słysząc z daleka muzykę i pohukiwania zbliżającego się kuligu przykazał służbie, aby powiedziała gościom, że go nie ma w domu, i skoczył do pustej kadzi, stojącej na podwórzu. Goście zajechali przed ganek, nie widząc gospodarza pytają, co z panem. Któryś ze służby spojrzał wymownie na beczkę i rzekł: – Nie ma jegomości wyjechał. – Poczekamy, aż wróci – odparł przewodnik kuligowego orszaku. – A tymczasem zabawimy się w strzelanie do tej kadzi. Wypalimy do niej z moździerza! 

Maria Ziółkowska zaznacza, że nie tylko na wsiach szlachta urządzała kuligi. Ci, którzy roztrwonili cały rodzinny majątek i przenieśli się do miasta nie zapominali o tradycjach swego stanu. Także organizowali kuligi, tylko trochę skromniejsze. Zazwyczaj polegały one na tym, że zajeżdżali do siebie saniami na przysłowiowego kielicha i na wspominki i minionych, jakże rozkosznych latach. Tradycja organizowania kuligów przetrwała do dzisiaj. Nie są może one tak wystawne i zmieniła się ich forma, ale za to są dostępne dla każdego. Nie jest to już tylko rozrywka dla wybranej grupy społeczeństwa. I dzisiaj, kiedy tylko spadnie odpowiednia ilość śniegu i dzieci i dorośli chętnie siadają na sanie, by bawić się na wspólnym kuligu.

Czesław Wasilewski, Wesoła Sanna

Czesław Wasilewski, Wesoła Sanna

Źródła:

Kossak Zofia, Rok Polski – obyczaj i wiara, Warszawa 1974.
Kolberg Oskar, Dzieła Wszystkie – W. Ks. Poznańskie, Kraków 1963.
Kolberg Oskar, Dzieła Wszystkie – Kaliskie, Kraków 1964.
Ogrodowska Barbara, Polskie obrzędy i tradycje doroczne, Warszawa 2012.
Szczypka Józef, Kalendarz Polski, Warszawa 1984.
Ziółkowska Maria, Szczodry Wieczór, Szczodry Dzień – obrzędy, zwyczaje, zabawy, Warszawa 1989.

Udostępnij na:
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kultura ludowa, Święta cykliczne, Święta, tradycje, obyczaje, Wieś. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
  • Kulig kojarzy mi się już przede wszystkim z dość niebezpieczną zabawą – jazdą na sankach przywiązanych czymś do jadącego samochodu 🙂 Fajne, ale jeśli jest mały ruch na drogach.